środa, 8 maja 2019

Reveal Youth - pierwszy spersonalizowany program do pielęgnacji skóry od AA. Zatrzymaj młodość na dłużej.

Reveal Youth - pierwszy spersonalizowany program do pielęgnacji skóry od AA. Zatrzymaj młodość na dłużej.
Hej! Dziś przychodzę do Was z kolejnymi nowościami. Mowa o 5 produktach z linii Reveal Youth od AA. Od ponad miesiąca testuje 3 produkty z tej serii i przyszedł czas aby podzielić się z Wami moją opinią.
                           

Spersonalizowany program pielęgnacyjny stworzony został aby walczyć z oznakami starzenia zanim takowe zdążą się pojawić. Dzięki połączeniu kremu z wybraną kuracją skóra wygląda promiennie i młodo. 

Zaczniemy więc od podstawy, czyli AA Reveal Youth krem antyoksydacyjny na dzień. To właśnie on jest początkiem naszej pielęgnacji. Produkt otrzymujemy w kartoniku na którym zamieszczone są podstawowe informacje: skład, działanie i sposób użytkowania. Jest on klasyczny, utrzymany w odcieniu pastelowego różu. Na jego tle wyróżnia się charakterystyczne srebrne tłoczenie.


Krem jest zamknięty w szklanym słoiczku o pojemności 50 ml. Etykieta w kolorze różu i srebrna nakrętka nawiązują do tonacji pudełka. Sam produkt jest bardzo lekki, wręcz lejący się dlatego też warto uważać, gdy odkręcamy wieczko. Jeżeli słoik będzie pochylony istnieje możliwość iż zawartość nam po prostu "ucieknie". Krem wzbogacony jest filtrem SPF 20, a także aktywnymi składnikami, dzięki którym uzyskamy pożądany efekt.
  • Witaminy E+C oraz koenzym Q10 chronią skórę przed szkodliwym działaniem czynników przyspieszających jej starzenie.
  • SkinIQ complex służy wyrównaniu kolorytu. Odnawia i wygładza cerę. Zapobiega powstawaniu przebarwień.
  • Olej ryżowy, bogaty w antyoksydanty i tłuszczowe kwasy odżywcze, pobudza skórę do regeneracji.


Kremu używam codziennie rano. Dzięki lekkiej formule bardzo łatwo rozprowadza się on po twarzy, szyi i dekolcie. Jeżeli chodzi o zapach, to przypomina mi trochę świeży ogórek. Jest delikatny, więc raczej nie podrażni wyczulonych nosków. Wchłania się w kilka sekund, więc nie mamy poczucia tłustego filmu. Wygładza i nawilża skórę nie przeciążając jej. Producent zaleca dla lepszych efektów dodanie do kremu kilku kropel wybranej kuracji. Ja jednak stosowałam je osobno. Wolę pielęgnację krok po kroku i nie szczególnie przypadam za mieszaniem. 
Koszt ok. 45 zł.

Warto wspomnieć o tym, że całą serie można stosować na 3 sposoby
1. W kolejności, czyli kuracje, a następnie krem. (Ja aplikowałam najpierw krem, a potem kuracje).
2. Miksuj, czyli kilka kropel kuracji mieszamy z kremem i wtedy nakładamy na skórę.
3. Aktywna skuteczność, czyli 30 dniowe stosowanie samej kuracji.

Po aplikacji kremu czas na kolejny produkt. Wybrałam AA Reveal Youth kuracja łagodząca zaczerwienienia


Produkt otrzymujemy w kartoniku w odcieniu brzoskwiniowym. Wszystkie potrzebne informacje są zawarte na pudełku. Sama kuracja mieści się w szklanej buteleczce o pojemności 15 ml. Konsystencja rzadka, więc producent stworzył pipetę za pomocą której możemy aplikować produkt bezpośrednio na skórę. Z początku nie za specjalnie się  z nią polubiłam, gdyż się zacinała, a ja musiałam sięgać do buteleczki po kilka razy aby nabrać wystarczającą ilość produktu. Wszystko jest jednak kwestią wprawy i obecnie już za pierwszym razem udaje mi się pobrać tyle produktu ile potrzebuje na jedną aplikacje.

  • Ekstrakt z czerwonych mikroalg zmniejsza zaczerwienienia i pobudza skórę do regeneracji.
  • Witamina E chroni przed szkodliwymi czynnikami, które powodują zaczerwienienia skóry.
  • Olej z wiesiołka i pachnotki, koi minimalizując uczucie swędzenia i pieczenia.

Dzięki tym aktywnym składnikom produkt idealnie nadaje się dla skóry wrażliwej. Ja co prawda posiadam mieszaną, ale od jakiegoś czasu mam problem z powstającymi zaczerwienieniami. Kuracja łagodzi stany zapalne i dobrze nawilża cerę. Poprawia jej koloryt dzięki czemu wygląda na wygładzoną i wypoczętą. Wchłania się po kilku minutach. Nie zostawia filmu. Pachnie bardzo delikatnie.
Koszt ok. 46 zł.

Wieczorem czas na demakijaż. Po umyciu twarzy sięgam po tonik. Następnie używam kremu na noc. I nadchodzi czas na kolejny produkt. Sięgam po AA Reveal Youth kuracja wypełniająca zmarszczki


Tym razem kolorem przewodnim jest błękit. Tak jak w przypadku poprzednika pojemność to 15 ml. Aplikujemy za pomocą pipety. Jedna w zupełności wystarcza na pokrycie całej twarzy. Wchłania się po kilku minutach. Zapach mi bardzo przypomina krem. Także jest raczej świeży i delikatny. 
Koszt ok. 46 zł.

  • Pro_RA complex stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, które odpowiadają za gładkość i jędrność naszej skóry.
  • Ekstrakt z algi  śnieżnej dzięki swoim niezwykłym właściwościom, chroni skórę przed procesami starzenia.
  • Kompleks dotleniający poprzez uwolnienie cząsteczek O2 pobudza metabolizm, dotlenia i dodaje skórze energii.


Zbliżam się powoli do 30-stki, więc coraz częściej staram się wybierać pielęgnacje, która choć trochę pomoże mi zatrzymać czas i opóźnić proces starzenia. Dlatego cieszę się, że dzięki Michałowi (Twoje Źródło Urody) miałam możliwość poznać ten spersonalizowany program.

Co zauważyłam po ponad miesięcznym okresie stosowania? Skóra zrobiła się gładsza, a w dotyku bardziej miękka. Zniknęły zaczerwienienia z którymi się borykałam od jakiego czasu.  Co do efektu przeciwzmarszczkowego to ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Myślę, że jest to zbyt krótki czas aby stwierdzić zdecydowaną poprawę. Zresztą nie mam tych zmarszczek aż tyle. Z pewnością skóra jest bardziej elastyczna, więc i proces powstawania nowych jest nieco opóźniony. Żałuje, że nie został stworzony także krem na noc, by uzupełnić kuracje. Zarówno krem jak i kuracje są bardzo wydajne, więc z pewnością starczą mi jeszcze na co najmniej miesiąc. Warto inwestować w młodość. Ona zbyt szybko mija, jednak dzięki specjalnie dobranej pielęgnacji możemy ten czas odrobinę zatrzymać i czuć się dłużej młodo i świeżo.

Znacie serie Reveal Youth? Jak się u Was sprawdziły te produkty?

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Radosław Rutkowski "Remedium". Recenzja.

Radosław Rutkowski "Remedium". Recenzja.
Po raz kolejny sięgnęłam po książkę nie wiedząc o niej praktycznie nic. Rzadko kiedy czytam skrócony opis, czy sugeruje się innymi recenzjami danego dzieła. Jest to zazwyczaj spontan. Ta ułomna chwila, gdy ryzykuje i czytam coś, co mam okazję "odkryć" od początku do końca. W niektórych przypadkach czytelniczą "chemię" czuje już od pierwszych stron, w innych męczę się aż do końca. Nie przyzwyczaiłam się do zatrzymywania się w połowie. Jeżeli coś zaczynam czytać to staram się daną pozycje skończyć. Jak było w tym przypadku? Czy poczułam się zauroczona, czy męczyłam się brnąc przez ponad 300 stron?


Przemek Stawczuk, Policyjny śledczy z Krakowa, zostaje wezwany do Łodzi, aby odnaleźć sprawcę strasznego morderstwa. Ofiarą jest młoda studentka Karina. Dziewczyna nie miała wrogów i nie była w nic zamieszana, a jednak została brutalnie zamordowana w mieszkaniu, które dzieliła ze swoją współlokatorką Pauliną. Na ścianie jej pokoju sprawca umieścił wiadomość "Żyłaby, gdybyś otworzyła drzwi". Jak się okaże w trakcie śledztwa, wiadomość ta dotyczy własnie Pauliny. Morderca obiera sobie dziewczynę za cel, a swoje zabójstwa tłumaczy próbą zlikwidowania panującej wśród społeczeństwa znieczulicy. Za każdym razem, gdy dziewczyna unika udzielenia pomocy innym morderca zabija kolejną ofiarę. Na miejscach zbrodni zostawia wiadomość. Jest to swego rodzaju odpowiedź na pytanie: Dlaczego ktoś zginął? Śledczy Przemek Stawczuk i przydzielony do niego partner Tomek Gąsior próbują poskładać fragmenty wiadomości w całość i odnaleźć zabójcę, który szuka remedium dla zobojętniałych dusz.  


Zazwyczaj nie sięgam po kryminały, gdyż jest to gatunek, który raczej do mnie nie przemawia. Od zawsze kojarzy mi się z treścią przepełnioną fachowymi terminami i żargonem kryminalistycznym, których zwyczajnie nie rozumiem. W przypadku Remedium zostałam bardzo mile zaskoczona. Książka napisana jest naprawdę prostym językiem. Mamy możliwość towarzyszyć śledczym w całym procesie jakim jest poszukiwanie zabójcy. Każda ofiara to kolejny fragment układanki. Z pewnością zaciekawią czytelnika tu procesy myślowe, dzięki którym w sposób dydaktyczny i psychologiczny zostają odnalezione tropy prowadzące do sprawcy zabójstw.


Nie miałam zamiaru Wam streszczać tutaj całej książki lecz zasiać ziarenko ciekawości, które spowoduje, że sięgniecie po tą pozycje. Ja czytałam ją z wielkim zaciekawieniem. Czasami się uśmiechałam, czasami byłam smutna. To, w jaki sposób śledczy wyszukują tropy jest naprawdę bardzo fascynujące. Mimo ponad 300 stron akcji, zabrakło  mi tu końcówki, która byłaby odpowiedzią na pytanie: Czy to rzeczywiście jest koniec? I co dalej? Autor bardzo mnie zaciekawił i wydaje mi się, że mógłby dalej pociągnąć tą historię. Nie znalazłam żadnej informacji na ten temat, więc pozostaje mi życie w niepewności.

Na chwilę zatrzymam się także na okładce. Tytuł jest tak jakby krzywo nadrukowany, co wywołało we mnie ochotę go "poprawić". Bardzo fajny chwyt, który bez wątpienia przyciągnął moją uwagę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu AlterNatywne.

A Wy lubicie kryminały? Może macie do polecenia pozycje po które warto sięgnąć?

wtorek, 23 kwietnia 2019

Bądź szalona i odważna z Dolls Team lub rozważna i romantyczna z Romance Wedding. Hybrydy z najnowszych kolekcji od NC Nails Sompany

Bądź szalona i odważna z Dolls Team lub rozważna i romantyczna z Romance Wedding. Hybrydy z najnowszych kolekcji od NC Nails Sompany

Hej kochani! Czy u Was też już wiosennie? A wraz ze zmianami pogodowymi i my wybudzamy się powoli z zimowej śpiączki. Świeci słońce, dni są coraz dłuższe, a kolory powoli pojawiają się nie tylko w naszych ubraniach lecz także w naszych makijażach i naszym manicure. NC Nails Company chyba nie muszę już Wam przedstawiać? Ci co do mnie zaglądają już zdążyli zauważyć, że produkty tej firmy uwielbiam. Trwałość, łatwość w użytkowaniu i oczywiście ogromny wybór - własnie za to cenię tą markę.


NC Nails wciąż zaskakuje swoich klientów m.in. nowymi kolekcjami lakierów hybrydowych. Pazurki robię sobie od ponad dwóch lat i od momentu pierwszego manicure kolekcja hybryd i ozdób wszelkiego rodzaju nieustannie rośnie. Chyba już jestem uzależniona, ale co poradzić, gdy firma tak rozpieszcza swoich klientów? Tym razem w sprzedaży pojawiły się 2 nowe kolekcje Romance Wedding i Dolls Team.


Pierwsza, czyli Romance Wedding to kolekcja 11 przepięknych i subtelnych odcieni, które sprawdzą się na takie okazje jak ślub, wesele, lub zaręczyny. Każda z nas w takich momentach chce czuć się wyjątkowo i te kolorki mają nam w tym pomóc. Znajdziemy tu przygaszone róże, nudziaki, czy chociażby kolorki niemalże transparentne.Co prawda w planach nie mam żadnego z tych wydarzeń, jednak nie mogłam się oprzeć by nie zamówić dwóch piękności z tej kolekcji. 


No Man No Cry, czyli "nie ma faceta nie ma łez". Powiem Wam, że coś jest w tej nazwie autentycznego;)  Co do kolorku to jest to nieco ciemniejszy odcień niż widzimy na etykiecie. Można go zaliczyć do najciemniejszego z całej 11. Jest to ciepły brąz. Ja w swojej stylizacji, którą pokaże Wam na końcu posta użyłam go do zdobienia, lecz jako bazowy kolorek prezentuje się równie pięknie.


I Love You, czyli "Kocham Cię" jest drugim moim wyborem z tej kolekcji, który znalazł się w zamówieniu. I tu już mamy typowo dziewczęcy intensywny pudrowy róż. Jeżeli ktoś jest fanem takiej kolorystyki z pewnością nie przejdzie obok niego obojętny. Tak jak w przypadku poprzednika użyłam tego odcienia do zdobień. Jednak już rozmyślam nad następnym manicure, który chyba wykonam całkowicie w odcieniach różu. Pigmentacja jest świetna, więc jedna warstwa wystarczy by kolor był intensywny i nie prześwitywał. Ja z przyzwyczajenia daje dwie cienkie warstwy.

Przechodzimy do ostatniej nowości, która trafiła w moje ręce, czyli Hush Hush Baby "cichutko kochanie" by Osi Ugonoh. Jeżeli jesteś ambitna i odważnie zamierzasz wyruszyć na podbój świata to na twoich paznokciach nie może zabraknąć szalonych kolorów kolekcji Dolls Team. 15 odważnych odcieni dodadzą pewności siebie i podkreślą twoją indywidualność.


Ten niebieski błękit podbił moje serce. Głębia koloru i pigmentacja sprawiły, że zagościł on na wszystkich moich pazurkach podczas ostatniego paznokciowego eksperymentu, który za chwilkę Wam zaprezentuje. Niebieski to także kolor przyjaźni, więc z pewnością "zaprzyjaźnicie się" z tym lakierem hybrydowym.

Mam dla Was wzornik, na którym możecie zobaczyć jak dane kolorki się prezentują. Zdjęcia lakierów robiłam po otrzymaniu paczuszki, a manicure nieco później i wzornik malowany był własnie wtedy, dlatego też nie jest to zbyt "profesjonalnie" zrobione zdjęcie. Mam jednak nadzieję, że mi to wybaczycie.


Na koniec przedstawiam Wam co udało mi się zmalować tymi nowościami. Jak już wcześniej wspominałam kolorem przewodnim jest tutaj Hush Hush Baby w którym się absolutnie zakochałam. By pokazać Wam wszystkie hybrydy pozostałych dwóch użyłam tutaj do zdobień na środkowym paznokciu. Za pomocą sondy umieściłam kropki różnej wielkości. najpierw I Love You (w mniejszości, około dwóch rządków), resztę powierzchni paznokcia wykropkowałam No man No Cry.  Na dwóch paluszkach użyłam efektu Ice Crush w odcieniu ciemno niebieskim z odrobiną fioletu, który miałam w swojej kolekcji.


Zdjęcia gotowego manicure przedstawiam na różnym tle żebyście mogli zobaczyć różnicę kolorystyczną. Ja jestem zadowolona i po raz kolejny hybrydy od NC Nail Company okazały się strzałem w dziesiątkę. 

Już niedługo swoje święto będą obchodzić nasze mamy. 26 maja pośpieszymy do nich by złożyć życzenia i obdarować ich jakimś prezentem od serca. Wciąż poszukuje coś, czym mogłabym zaskoczyć moją mamą. Jest typową sroką, więc wydaje mi się, że biżuteria typu bransoletki srebrne mogłaby się w tym przypadku sprawdzić idealnie. Mam jeszcze chwilę czasu by się zastanowić, ale wydaję mi się, że podarowanie tego typu ozdoby z pewnością ja ucieszy.

Macie jakieś kolorki z najnowszych kolekcji? Który z wybranych przeze mnie podoba Wam się najbardziej?


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Balmi - poziomkowe nawilżenie dla Twoich ust!

Balmi - poziomkowe nawilżenie dla Twoich ust!
Nieraz na blogu wspominałam, że jeżeli chodzi o pielęgnacje to niestety mam problem  z systematycznością. Ciężko mi jest pamiętać o regularnym stosowaniu jakiegoś kosmetyku. Jako skutek tego często borykam się z suchością mojej skóry. Żeby jakoś zmienić ten nawyk, a raczej go nabyć starałam się wyszukiwać kosmetyków, dzięki którym systematyczność wejdzie mi w krew. Co może w tym pomóc? Z pewnością dobrze działanie produktu na skórę, ale piękny zapach i oryginalne opakowanie też robi swoje.


Podczas przeprowadzki w pracy, która miała miejsce w lutym nauczyłam się regularnie używać kremów do rąk. Dzięki temu po kilkugodzinnym codziennym pakowaniu towaru do kartonów moje ręce nie były aż tak suche i zniszczone. Ten, kto pracuje w zamkniętym pomieszczeniu wie, iż najczęstszym problemem jest suchość powietrza. Człowiek ciągle odczuwa brak nawodnienia w organizmie, a usta wymagają podwójnego nawilżenia. Warunki pogodowe także nas nie rozpieszczają  dlatego moim niezbędnikiem jest balsam do ust. Skóra  w tym miejscu jest wyjątkowo wrażliwa, gdyż narażona zostaje na uszkodzenia poprzez wiatr, słońce i suche powietrze. 


Tego typu produktów wypróbowałam już naprawdę wiele i staram się nie dopuścić do tego, by moje usta były spierzchnięte, lub pękały przez brak nawilżenia. Od kilku tygodni z pomocą przychodzi mi Balmi. Odkąd mam tą kosteczkę nauczyłam się nawet w miarę systematycznie smarować swoje usta.

 
Dzięki odżywczemu masłu Shea, olejku jojoba i witaminie E moje usta są odpowiednio nawilżone. Nietypowy kształt stożka pozwala na przyjemną i precyzyjną aplikacje. Miłośniczkom poszukującym w balsamach czegoś innowacyjnego ta kosteczka na pewno przypadnie do gustu. Połyskujące opakowanie w kolorze ciemnego złota i tłoczenie z pewnością przyciągnie kobiecy wzrok. 


Mój balsam do ust jest w wersji poziomkowej. Jest ona odrobinę słodka w zapachu, co da się wyczuć jeszcze przez jakiś czas po aplikacji. Każda miłośniczka słodyczy na ustach znajdzie w asortymencie Balmi coś dla siebie. Kokos, jagodę, malinę, a nawet miętę możecie znaleźć na  www.boutiquecosmetics.pl. Koszt 7 g. kosteczki to niecałe 20 zł. Idealny na co dzień jak i w podróży. Dzięki swoim właściwościom nawilżającym może się sprawdzić także przy oswojeniu niesfornych brwi, suchych łokci lub kolan, a nawet przy wysuszonych skórkach. Co sprawiło, że sięgam po ten balsam regularnie? Przede wszystkim  jego właściwości odżywcze, dzięki którym moje usta odzyskały miękkość i pozbyły się suchych skórek. No i oczywiście kwestia opakowania, które mnie do siebie przyciąga. Codziennie jest w mojej torebce, a gdy jestem w pracy od razu ląduje na biurku bym mogła po niego często sięgać.

Warto pamiętać o tym, że konsumenci "kupują" przede wszystkim oczami. Kwestia wizualnego wyglądu towaru jest bardzo ważna. Najpierw oglądamy towar. Jeżeli pierwsze wrażenie okaże się dobre decydujemy się na zakup. Dużą rolę odgrywa tutaj projektowanie opakowań. Umiejętnie opracowany projekt przyciągnie uwagę klienta i zapewni sprzedaż. Warto więc postawić nie tylko na praktyczność lecz także oryginalność. Równowaga tych dwóch kwestii to podstawa sukcesu.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Kuracja przeciwłupieżowa w dwóch odsłonach od Catzy Laboratories

Kuracja przeciwłupieżowa w dwóch odsłonach od Catzy Laboratories
Haj kochani! Po recenzji książkowej nadszedł czas na pokazanie Wam kilku nowości, które miałam okazje przetestować. W najbliższym czasie możecie się spodziewać na blogu kolorówki, pielęgnacji, wpisów paznokciowych. Miłośników czytania też czekają świetne pozycje, więc warto wyczekiwać.


Dziś przychodzę do Was z wpisem dotyczącym produktów do pielęgnacji włosów. Za wiele tej tematyki na blogu nie znajdziecie, a szkoda. Mogłabym "książkę" napisać jeżeli chodzi o wszystkie produkty, które w ciągu moich ponad 25 lat już na swoich włosach wypróbowałam. Muszę pomyśleć i  tą tematykę nieco tu rozszerzyć, bo uwierzcie mi na słowo, jest o czym pisać. 


Moje włosy są długi i cienkie. Mimo to jest ich dość sporo i moja fryzjerka podczas każdej wizyty się śmieje, że niby są takie leciutkie, ale objętości im nie brakuj. Jeżeli chodzi o ich pielęgnacje to moją zmorą jest zbyt szybkie przetłuszczanie się. Próbowałam już wielu specyfików. Marzę o tym, by znaleźć cudowne kosmetyki, dzięki którym moje włosy będą czyste i "świeże" dłużej niż przez jeden dzień. Dużych zniszczeń im nie funduje, gdyż suszarki używam naprawdę sporadycznie, a jeżeli chodzi o farbowanie to robię pasemka. Częstotliwość moich wizyt w salonie fryzjerskim to ok. raz na 4-6 miesięcy, więc moja czupryna jest dość zdrowa (przynajmniej tak twierdzi moja fryzjerka).


Z firmą Catzy do tej pory się nie spotkałam, więc tym większa była moja ciekawość na temat tego,co ma w swojej ofercie. Od ponad 30 lat spełniają marzenia klientów o pięknych i zdrowych włosach. Współpracują z wieloma fryzjerami i stylistami dostarczając im nie tylko profesjonalne kosmetyki lecz także wyposażenia salonów oraz edukacje. Ja miałam okazje przetestować produkty, które do kupienia dostępne są w aptekach. 


Otrzymałam 2 produkty  z serii skutecznej kuracji przeciwłupieżowej.  Pierwszym z nich jest szampon przeciwłupieżowy do każdego rodzaju włosów. Zawiera on 1% pirytionianu cynku, który jest substancją o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwgrzybiczym. Produkt jest przebadany dermatologicznie. Kartonowe opakowanie jak i sama buteleczka utrzymane są w kolorystyce biało-czerwonej. Od razu skojarzyła mi się z produktem aptecznym. Pojemność buteleczki to 200 ml, czyli raczej standardowa. Niewielką ilość szamponu wmasowujemy w skórę głowy i włosy.  Po kilku minutach spłukujemy. W razie potrzeby czynność powtarzamy. 


Jeżeli chodzi o łupież, to nie mam z nim zbytnio problemu. Od jakiegoś czasu zaczął mi dokuczać  świąd skóry głowy, a to z kolei powadzi do łupieżu. Więc byłam ciekawa, czy ten szampon pomoże mi pozbyć się tej dolegliwości. Produkt jest średnio lejący się, więc możemy go spokojnie optymalnie do potrzeb dozować. Jest o lekkim zabarwieniu i dość  ładnym zapachu. Przypomina mi nieco woń kremu. Przejdźmy zatem do działania. Producent w przypadku łupieżu zaleca codzienne stosowanie produktu. Ja tego problemu nie mam, więc myłam głowę co 2-3 dni. Zauważyłam, że włosy są dobrze oczyszczone i lejące się. Co do ich "świeżości" to prawie  2 dni wytrzymały, ale z lekkim przymrużeniem oka. Plus za to, że nie zauważyłam żadnego problemu ze swądem skalpa i to uważam za duży plus.


Drugim produktem jest ziołowy szampon przeciwłupieżowy. Jak i poprzedni zawiera on 1% substancji o działaniu przeciwgrzybiczym i przeciwbakteryjnym. Został dodatkowo wzbogacony w ekstrakty z brzozy, rozmarynu, rumianku i pokrzywy, czyli zioła o podobnych właściwościach. Szata graficzna utrzymana jest w zieleni i bieli i także przypomina produkt apteczny. Pojemność 200 ml. Szampon jest bardo podobnej konsystencji co jego poprzednik. Jest lejący się, a zabarwienie białe. W przypadku zapachu to i tu ma skojarzenie z kremem. Da się tu jednak wyczuć delikatną ziołową woń. Jeżeli chodzi o stosowanie to zaleca się codzienną kuracje, aż do uzyskania pożądanych efektów.


Ten produkt przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się, czyli w sam raz dla moich. Myłam nim głowę co ok.2 dni i z rezultatów byłam zadowolona. Włosy były dobrze oczyszczone i błyszczące. Nie zauważyłam podrażnienia skóry lub swędzenia. Nie obciążał moich włosów i nie plątał. Z przedstawionej dwójki szamponów to ten zrobił na mnie lepsze wrażenie. Wydaje mi się, że sprawdził się odrobinę lepiej niż poprzednik. Co do głównego efektu przeciwłupieżowego nie mogę się wypowiedzieć, bo po pierwsze nie mam łupieżu, a po drugie stosowałam oba produkty stosunkowo krótko. Pożądane efekty może przynieść dłuższa kuracja i codzienne stosowanie. Nieraz produkty przeciwłupieżowe potrafią przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Na szczęście takowego tu nie zauważyłam. Tak więc podsumowując - jestem zadowolona z efektów po stosowaniu i jeżeli w przyszłości ja lub ktoś z moich bliskich będzie borykać się z problemem łupieżu z pewnością polecę mu te 2 szampony. 

Jesteśmy z partnerem na takim etapie naszego życia, że planujemy wspólną przyszłość. Kwintesencją początku tej drogi jest kupienie własnego gniazdka. Rozważaliśmy wiele opcji u nas w mieście. Nie ograniczamy się jednak tylko do miejsca naszego zamieszkania. Ostatnio natknęliśmy się na stronę na której zamieszczone były mieszkania na sprzedaż w Sosnowcu. Oferty zainteresowały nas swoją funkcjonalnością, swobodą aranżacji i komfortem użytkowania. Być może warto jest rozważyć przeprowadzkę do innego miasta i kupienie tam własnego gniazdka. Teraz mamy twardy orzech do zgryzienia i niełatwą decyzje do podjęcia.

niedziela, 7 kwietnia 2019

Moja dzika Syberia Karolina Kozioł, czyli najdłuższa podróż koleją. Recenzja.

Moja dzika Syberia Karolina Kozioł, czyli najdłuższa podróż koleją. Recenzja.
"Widzisz, każdy z nas jest Kolumbem własnej duszy  i nosi ze sobą kontynent nieodkrytych możliwości. Ważne jest, by odkryć świat, inną kulturę i to, kim się tak naprawdę jest."


Kolejna książka na blogu. Kolejna perełka. Kolejna świetna pozycja, która pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy. Wiem, że określenie "kolejna" wciąż się powtarza, ale jest to doskonałe sformułowanie obejmujące wszystkie dotychczasowe dzieła, recenzje których ukazały się na blogu.


Moja dzika Syberia wydawnictwa Psychoskok wedle jej autorki Karoliny Kozioł nosi miano reportażu.  Na nieco ponad 100 stronach zamieszona jest relacje z odbytej przez nią podróży Koleją Transsyberyjską. Przebyty szlak liczy ponad 9000 km. Opis natury zapiera dech. W książce, zawarta jest także wiedza praktyczna i historyczna, która niewątpliwie zaciekawi każdego czytelnika. Z kolei historie osób z którymi autorka miała styczność podczas podróży potrafią zmienić światopogląd czytelnika.


Książka podzielona jest na rozdziały, w których przedstawione są kolejne etapy wyprawy. Na samym początku poznajemy autorkę, która wraz ze swoja koleżanką Lizą postanawia wyruszyć w podróż najdłuższą koleją świata. Nie jest to ich pierwsza wspólna wycieczka bez konkretnego planu i większego funduszu. Kolejna spontaniczna decyzja, którą podjęły by spełniać swe marzenia, pokonywać słabości i odkrywać nieznane im dotychczas zakątki świata.

"Mam marzenia, które dają mi silę do walki. Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i wyruszają na spotkanie swoich marzeń..."


Wraz z autorką i jej przyjaciółką odbywamy podróż Koleją Transsyberyjską. Droga przebyta od Moskwy aż do Władywostoku podczas której poznajemy nie tylko uroki natury i specyfikę jazdy pociągiem np. kilkudniowa wędrówka bez możliwości wzięcia prysznica. Niemal każdy rozdział zawiera także historię podróżników, których autorka spotyka na swojej drodze. Poznajemy m.in. chłopca, który marzy by zostać muzykiem i grać na scenie Opery Bolszoj. Bezdomnego Syryjczyka o imieniu Abbas, którego wszyscy inni uważają za terrorystę, ze względu na jego pochodzenie i wygląd. Jego marzeniem jest wydanie własnych zapisków w formie książki. Poznajemy także muzyka o imieniu George, którego wszyscy pasażerowie postrzegają jako zadufanego i bezczelnego faceta. Tymczasem okazuje się, że jest on wrażliwym człowiekiem, który za wszelką cenę próbuje zwrócić na siebie uwagę innych. Robi to dlatego, iż w przeszłości nie otrzymał dostatecznej miłości i względów od swoich rodziców.

"Ta podróż to prawdziwa metafora życia."


Tą książkę pokochałam od pierwszych stron. Dlaczego? Bo przeniosła mnie w świat podróżnika. Na chwilę poczułam się wolna i głodna świata, jak nasza autorka. Pozazdrościłam jej tej swobody i szaleństwa. Pewności siebie i pokonywania swojego strachu oraz słabości. Podczas czytania poznałam kilka ciekawostek na temat niektórych miejsc i zwyczajów, do których przyzwyczajeni są Rosjanie. W niektórych rozdziałach się uśmiechałam, niektóre przyprawiały mnie o dreszcze. Przy wielu rozmowach z (nie)zwykłymi (jak określa ich sama autorka) ludźmi miałam możliwość na chwilę przemyślenia i głębszą refleksje dotyczącą zwyczajnych przyziemnych spraw. Nie wystarczy tą książkę streścić, warto po nią sięgnąć i przeżyć tą podróż wraz z autorką. Polecam Wam tą pozycję i gwarantuje, że po jej lekturze na wiele spraw spojrzycie pod zupełnie innym kątem. 


Czytać uwielbiam i sięgam po różne gatunki. Motywy historyczne, podróże, morderstwa, a także wątki miłosne, w których rozterki towarzyszące bohaterom bywają naprawdę imponujące. W życiu jak i książkach spotykają nas różne perypetie. W niektórych z nich pomóc mogą nam specjaliści. Jeżeli czeka was np. rozwód to warto się zwrócić o pomoc do dobrego adwokata. Pomoże on przejść przez ten proces z podniesioną głową i mniejszymi zmartwieniami jeżeli chodzi o kwestie prawne.








wtorek, 2 kwietnia 2019

NOU Freesia - kwiatowy ogród, który obudzi kobiece zmysły

NOU Freesia - kwiatowy ogród, który obudzi kobiece zmysły
Zastanawiałyście się kiedyś co dodaje nam pewności siebie? Na pewno ubiór stosowny do okazji. Ja na co dzień preferuje połączenie elegancji i luzu, na randce jestem seksowna i uwodzicielską, a w pracy staram się trzymać stylu eleganckiego i zarazem minimalistycznego. Dłonie są wizytówką każdego człowieka dlatego pilnuje by moje były zadbane, a manicure nieskazitelny. Fryzura, którą warto odświeżać i nieco zmieniać co jakiś czas by czuć się inaczej. Ale jest jeszcze coś, co bez wątpienia dodaje każdej kobiecie pewności siebie - ulubiony zapach.


Nic tak nie nie działa na nasze zmysły jak ładny zapach. Pewności siebie też dodaje pod warunkiem że jest to aromat, który lubimy. Otulamy się wtedy jego niewidoczną  peleryną i śmiało kroczymy przed siebie. Do kwiatowego ogrodu zaprasza nas woda perfumowana NOU Freesia


Kartonowe opakowanie  jest utrzymane w klasycznej czerni na której są wytłoczone kwiaty. Uważam, że ma to coś i na mnie działa czarująco, przyciąga wzrok. Sama buteleczka jest przeźroczysta z naklejoną etykietą, która jest utrzymana w stylu samego pudełka. Pojemność to 50 ml, więc raczej standard jeżeli chodzi o zapachy. Cena ok. 69 zł.


Nuty zapachowe:

Nuta głowy: cytryna, bergamota, galbanum
Nuta serca: lilia, jaśmin, frezja, róża
Nuta bazy: piżmo, drzewo sandałowe, benzoin, bursztyn


Jeżeli chodzi o zapachy to nie jestem osobą, która go już odnalazła, bądź jest wciąż na etapie poszukań ideału. Należę raczej do grona osobników w którym lubią eksperymentować i często sięgają po nowości, gdyż użytkowanie ciągle tego samego aromatu ich nudzi. Często kupuje dla siebie perfumy w ciemno. Nieraz nawet nie czytam opisu zapachu. Zamawiam coś, co podoba mi się chociażby pod względem wizualnym. NOU Freesia był dla mnie całkowitą nowością dlatego byłam bardzo ciekawa, czy uda mi się odkryć w nim coś niezwykłego i czy ten aromat mnie uwiedzie. Już po pierwszym psiknięciu poczułam dość silny i wręcz duszący zapach o nucie cytrusowej. Na moje szczęście po chwili zmienia on swoje oblicze i  rozkwita cudowną wonią lilii i jaśminu. Nadal jest mocny, ale nie duszący i to mnie bardzo cieszy. Wydaje mi się, że idealnie sprawdzi się u kobiet dojrzałych i pewnych siebie, gdyż w dość charakterystyczny sposób podkreśli ich indywidualność. Dla osób młodych może okazać się zbyt treściwy i zdecydowanie za ciężki. Ja się z nim polubiłam. Ten kwiatowy aromat towarzyszy mi niemal każdego dnia, gdyż spokojnie utrzymuje się na ciele kilka godzin. Na ubraniach wyczuwam go nieco dłużej. Kolekcja NOU ma do zaproponowania także inne kompozycje zapachowe i z pewnością każda z nas znajdzie tam coś dla siebie.Mnie kuszą Bergamot i Cherry Blossom, więc przy najbliższych zakupach w Rossmannie chętnie się na nie skuszę. 

Czy któryś z zapachów NOU już skradł Wasze serce?




niedziela, 31 marca 2019

Skuteczna reklama drogą do sukcesu!

Skuteczna reklama drogą do sukcesu!
Z pewnością jakiś czas temu mogłam wspominać Wam na blogu o moim wykształceniu. Ukończyłam Filologię Polską Język Polski ze specjalnością Komunikacja Medialna. Odkąd pamiętam ciągnęło mnie do języków, a w szkole przedmioty humanistyczne zdecydowanie można było zaliczyć do moich mocnych stron. Na studiach badaliśmy różne sfery językowe. Ze względu na to, że kierunek był medialny nie zabrakło także wiedzy na temat social mediów i reklam, jako środka przekazu. 



Dziś postanowiłam napisać nieco luźniejszy wpis na temat reklam i ich skuteczności. Wiek XXI niewątpliwie zasługuje na miano wieku konsumpcyjnego. Żyjemy w takich czasach, gdzie dobra materialne i ich zdobywanie jest dla wielu wyznacznikiem jakości życia. Dlatego też wiele osób próbuje swoich sił w sferze handlu i otwiera własne działalności. Jeżeli masz ciekawy pomysł na biznes, plan jak  go zrealizować i określony wkład pieniężny na start to może Ci się udać, pod warunkiem, że wiesz jak się wyróżnić spośród sporej konkurencji. Najskuteczniejsza będzie dobra reklama, tylko jaka?

1. Ulotki 

Jest to chyba jedna z najstarszych i dość tanich sposobów na dotarcie do szerszego grona osób. Trzeba jednak pamiętać, że przykładowo zwykła kartka o neutralnym tle i kilka zdań n temat naszej firmy z pewnością nie przyciągną klienta. Tu liczy się oryginalny pomysł i dość przemyślane wykonanie. Pamiętam, jak na studiach musieliśmy zaprojektować swoją ulotkę i nie było to takie proste zadanie. Trzeba było dokładnie przemyśleć co chcemy taką ulotką przekazać i zaprojektować ją w taki sposób, żeby odbiorca nie tylko zrozumiał nasz przekaż, lecz także go zapamiętał.

2. Social media

Mam tu na myśli oczywiście wszelkiego rodzaju media: prasę, telewizje, internet. W dzisiejszych czasach są one bardzo rozwinięte i docierają do naprawdę szerokiego grona osób. Najlepszą opcją jest zareklamowanie swojego biznesu poprzez stworzenie strony internetowej. Jeżeli oferujemy naszym klientom sprzedaż towarów to fajnie  by było w dość ładny i czytelny sposób zaprezentować go na naszej stronie. Umieszczenie dokładnego opisu, ceny i innych informacji, które pomogą naszemu klientowi dokonać zakupu będą bez wątpienia sporym atutem. Jeżeli postawimy na reklamę w gazetach czy czasopismach to musimy przebadać do jakiej grupy wiekowej dotrze nasza reklama, gdyż tu grono odbiorców może nieco się zawęzić. Za reklamę zapłacimy dość małe kwoty, jednak i odzew na nie może być także dość niski.

3. Reklama świetlna

Jest ostatnimi czasy najbardziej popularny i moim zdaniem najbardziej skuteczny sposób na reklamę. Mamy tu szeroki wachlarz możliwości. Kasetony i pylony, litery blokowe, szyldy czy billboardy. To tylko kilka możliwości jeżeli chodzi o ten rodzaj promocji naszej firmy. Na tle innych wyróżnia się przede wszystkim swoim rozmiarem od małych szyldów po naprawdę pokaźniej wielkości banery. Reklama świetlna ma w sobie to coś, co przyciąga wzrok i zostawia ślad w naszej pamięci. Właśnie o to w tym wszystkim chodzi, by wykazać się oryginalnością i zapaść w pamięć, tym samym zapewnimy sobie dobry start.

Warto też pamiętać o tym, że w dzisiejszych czasach oprócz dobrej promocji dla klienta liczy się też jakość oferowanych towarów bądź usług. Jeżeli będziemy dawać z siebie 100% to i klient będzie zadowolony. Tak zwana "poczta pantoflowa" także potrafi zdziałać cuda, więc idźmy na jakość, nie na ilość, a sukces z pewnością nas nie ominie.

Jakiego typu reklamy Was przyciągają najbardziej?

czwartek, 28 marca 2019

Nowość od AA Natural SPA odżywczo-ochronny krem do rąk i paznokci z różą japońską

Nowość od AA Natural SPA odżywczo-ochronny krem do rąk i paznokci z różą japońską
Już nie raz na blogu wspominałam, że staram się nauczyć systematyczności. Dotyczy to w sumie każdej dziedziny mojego życia. Ile to już razy próbowałam opanować mój życiowy chaos. Na początku udaje mi się być zorganizowaną i w niektórych sferach regularną. Po czasie jednak mój zapał zazwyczaj słabnie i wszystko wraca na swój niepoukładany tor.

Ten wieloletni brak systematyczności da się przede wszystkim wyczuć w stanie mojej skóry. Czas leci, a moja cera się zmienia. Niestety traci swoją elastyczność i nawilżenie, o które trzeba dbać. O ile codziennej poranno-wieczorowej rutyny od dłuższego czasu staram się trzymać, o tyle np. z dbaniem o skórę rąk bywa już różnie.

Pracuje w handlu i na co dzień mam styczność z towarami, kartonami i detergentami, które wpływają na stan moich rąk. Na przełomie stycznia i lutego jedno ze stoisk było likwidowane i czekało mnie spakowanie towaru, by następnie można go było bezpiecznie przetransportować do innego punktu. To własnie wtedy moje ręce "odczuły" tą ciężka pracę. Suchość i swędzenie nie dawały mi spokoju. Chyba po raz pierwszy w życiu nałogowo zaczęłam kremować ręce. W tamtym momencie do testów otrzymałam produkt firmy AA z nowej serii Natural SPA odżywczo-ochronny krem do rąk i paznokci róża japońska.


Krem otrzymujemy w opakowaniu o pojemności 50 ml. Tubka wykonana z tworzywa przypominającego zarówno swoim wyglądem jak i kolorem wypolerowany srebrny metal. Jest dość elastyczna, więc nie ma problemu z wydobywaniem produktu.


Szata graficzna jest klasyczna. Na srebrnym tle mamy czarne napisy przedstawiające podstawowe informacje. Głównym składnikiem jest tu  pielęgnujący olejek z róży japońskiej, dlatego też jej grafiki nie mogło zabraknąć na produkcie. Tubkę otwieramy i zamykamy za pomocą nakrętki w kolorze czarnym.


Krem jest białego koloru. Jeżeli chodzi o jego konsystencje to jest ona w miarę gęsta. Wydaje się być dość lekka  ale jednocześnie treściwa. Bezproblemowo rozprowadza się na skórze i dość szybko się wchłania. Urzekł mnie fakt, że krem pachnie krzewem różanym. Przypomina mi to dzieciństwo, gdy chodziłam z babcią na spacery i zazwyczaj mijałyśmy kilka takich krzaczków. Zapach róż unoszący się w powietrzu  nie można było z niczym innym pomylić. Ten piękny aromat utrzymuje się na mojej skórze dłuższą chwilę po aplikacji.


Produkt ma pozytywnie oddziaływać na skórę rąk a także na stan naszych paznokci. Olejek z róży japońskiej i witamina E pełnią ochronną funkcję. Nawilżają i wygładzają. Zaczęłam stosować ten krem regularnie (a przynajmniej bardzo się staram to robić regularnie) i widzę zdecydowaną poprawę w kondycji i wyglądzie moich rąk. Nie odczuwam już  ściągnięcia, ani suchości. Nie rozstaje się z nim i gdy idę do pracy, czy ogólnie jestem poza domem zawsze mam tubkę w torebce. W nowej serii do wyboru są także kremy z zieloną herbatą, baobabem i bambusem, więc każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Za możliwość testu dziękuję Michałowi z Twojego Źródła Urody. Mam jeszcze kilka nowości, które otrzymałam wraz z kremem, o których opowiem Wam już niedługo.

Wraz z przyjściem wiosny wiele osób postanawia powrócić do aktywności fizycznej. Warto pamiętać, że kontuzje stóp i stawu skokowego mogą przytrafić się nie tylko sportowcom, lecz także osobom, które ćwiczą sami dla siebie. Gdy już dojdzie do obrażenia należy w odpowiedni sposób zabezpieczyć uszkodzoną część ciała. Najbardziej właściwa będzie odpowiednio opracowana orteza na staw skokowy, która wspomoże powrócić do pełnej sprawności i w przyszłości do aktywności fizycznej. Pamiętajmy, aktywność jest potrzebna, lecz wszystko musi być umiarkowane i z głową.

piątek, 22 marca 2019

Jan Szymański "Książki, przez które zginiesz". Recenzja.

Jan Szymański "Książki, przez które zginiesz". Recenzja.
Recenzji książkowych u mnie na blogu ciąg dalszy. Tym razem skusiłam się na pozycje Jana Szymańskiego "Książki, przez które zginiesz". Jeszcze przed zerknięciem na krótki opis zamieszczony na okładce miałam wrażenie, że będzie to horror. Zapewne zmyliła mnie okładka, która zarówno kolorystycznie, jak i graficznie mogłaby pasować do tego gatunku. Co do treści się pomyliłam, ale faktem pozostaje to, iż cel twórcy okładki został osiągnięty - przyciąga ona wzrok.

Młody  polski archeolog Paweł wyrusza po raz kolejny do Ameryki Środkowej w celu wzięcia udziału w projekcie archeologicznym. Po drodze zatrzymuje się w Meksyku, by znaleźć informacje, które będą przydatne podczas wykopalisk. W hostelu poznaje Annie - australijską podróżniczkę. Ze względu na to, iż dzielą ze sobą pokój zaczynają spędzać razem czas. Uzupełniają się idealnie, gdyż Annie to głodna wiedzy dziewczyna, a Paweł doskonale się spisuje odkrywając przed nią historyczne tajemnice południa i kulturę Majów. Podążają szlakiem ruin i dobrze się czują w swoim towarzystwie. Żądza przygód  powoduje, że podczas kolejnej wycieczki stają się tajnymi świadkami rozmowy złodziei artefaktów. Poszukiwany jest bezcenny zabytek, który został ukradziony z miejsca na którym podobno ciąży klątwa. W książce pojawia się także Jorge, zawodowy włamywacz, który wbrew swojej woli ma pomóc złodziejom w odnalezieniu antyku. Podsłuchana przez Pawła i Annie rozmowa przyniesie im pecha, gdyż zostaną napadnięci przez bandytów, którzy będą żądali udzielenia im pomocy w odnalezieniu zabytku. Archeolog jest przecież najlepsza kandydaturą do tego rodzaju przedsięwzięcia. Stawką jest jego życie, więc musi im pomóc. Czy Pawłowi uda się  odnaleźć artefakt? Czy bohaterowie ujdą z życiem i jaki jest koniec tej historii dowiecie się sięgając po tą książkę. Zapewniam Was, że warto!


Książka napisana jest łatwym językiem i lekko się ją czytało. Podobało mi się, jak autor przedstawiał głównych bohaterów i przeplatał wątki między sobą. Najpierw poznajemy Pawła i Annie, a za chwilę opisany zostaje zawodowy włamywacz Jorge. Początkowo co prawda książka nieco się dłuży, lecz już po chwili akcja nabiera rozpędu i wraz z wątkiem autorskim próbujemy nadążyć za akcją. Bez wątpienia dzięki umiejętnie skonstruowanej fabule mamy możliwość wraz z bohaterami poznać historię, ciekawostki kulturowe i przyrodę tamtych rejonów. A to wszystko za sprawą autora, który prywatnie jest archeologiem i z pasją bada zapomniane skarby Majów.


Na uwagę zasługuje także ciekawostka, że przy postaci Pawła pojawia się proces myślowy podzielony na 3 głosy. Co za tym idzie mamy obserwatora, filozofa i szydercę. Każdy z nich "zabiera głos" w różnych sytuacjach. Możemy obserwować jak wiele oblicz ma nasza osobowość i jak wiele sprzecznych "głosów" mamy w naszej głowie. Czasami nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego,  jak sprzeczne ze sobą są nasze myśli dotyczące tej samej sytuacji bądź osoby.

Dziękuje Wydawnictwu Po Godzinach za możliwość zrecenzowania tej ciekawej pozycji.


wtorek, 19 marca 2019

Niezbędnik każdego książkoholika, czyli Szpilowy hand made po raz drugi!

Niezbędnik każdego książkoholika, czyli Szpilowy hand made po raz drugi!
Witam Was kochani po raz pierwszy od dość dawna. Świat niestety rządzi się swoimi prawami i niekiedy krzyżuje nam całkowicie wszystko to, co sobie zaplanujemy. Dlatego też po dość długiej przerwie, która była spowodowana różnymi życiowymi zdarzeniami powracam na bloga z nową dawką energii i oczywiście nowymi recenzjami. Będzie się działo, więc bacznie obserwujcie bloga.

Da się zauważyć, że od kliku lat moda na czytanie powraca. Cieszy mnie to niezmiernie, ponieważ świadczy to o tym, że nasze społeczeństwo docenia słowo pisane. Dzięki tem rozwijamy pod względem językowym, ćwiczymy spostrzegawczość i umiejętność postrzegania i zobrazowania sobie czegoś, co znamy tylko i wyłącznie z obrazu nakreślonego przez autora w jego twórczości. 


Nie umiem sobie wyobrazić mojego życia bez książek i czytania. "Pochłonięcie" chociażby kilku stron każdego dnia tworzy swego rodzaju rytuał, który nie umiem pominąć. Nie raz czytam przed snem, ale zdarzają się chwilę w ciągu dnia, które szkoda mi marnować na nic nierobienie i wtedy chętnie sięgam po książkę. Zabieram ze sobą moja "towarzyszkę" codziennie i staram się o nią dbać. Jak? Odpowiednio ją zabezpieczając przed ewentualnym zniszczeniem. Pomaga mi w tym etui.


Pamiętacie  Szpile Kalinę i  jej twórczość? Przedstawiałam Wam jej uszytek już jakiś czas temu i pamiętam, że wzbudził on ogromne zainteresowanie. W ramach przypomnienia odsyłam Was do recenzji, którą znajdziecie klikając TUTAJ. Etui, które wtedy dla mnie uszyła wiernie mi służy już ponad rok i nadal wygląda jak nowe. Ostatnio jednak zaczęłam się lubować w książkach o wielkich gabarytach i tamten uszytek na tego typu lektury niestety okazał się nieco za mały. Poprosiłam zatem Kalinę o uszycie dla mnie czegoś większego. 


Tym razem zdecydowałam się na bardziej stonowane etui w porównaniu do poprzedniego. Królują tu niebieskości i  zielenie, a print przypomina liście palmowe. Takie moje prywatne wiosenno-egzotyczne szaleństwo. Etui jest spore, jeżeli chodzi o wielkość. Nie mierzyłam je dokładnie bo uważam, że nie gra to tu takiej ważnej roli. Jeżeli zależy Wam na jakimś konkretnym wymiarze to bezproblemowo po dogadaniu się z Kaliną takowe dostaniecie. Jak widać na zdjęciu moje jest dość pojemne. W tym momencie mieści 3 książki średniej wielkości i spokojnie mogłabym coś jeszcze tam wcisnąć.


Środek w kolorze ciemno niebieskim posiada wszyte gumki, które mogą służyć do przytrzymania książki na konkretnej stronie, lub świetnie też się sprawdzą jako zakładki.  Etui od Szpili są nie do zdarcie. U nie poprzedni uszytek użytkowany był codziennie. Bezproblemowo można je prać bez  obawy, że coś się rozpruje bądź zniszczy. Materiał jest mocny i miły w dotyku, a wszystko jest tak porządnie ze sobą zszyte, że nie ma opcji, by cokolwiek mogło się porwać.


Wszystko zostało wykończone zamkiem w kolorze zielonym, który idealnie komponuje się z printem całości. Gwarantuje, że zamek jest porządny i samoistnie nic Wam się nie otworzy. Niestety zdjęcia nie są w stanie oddać w 100% tego nasycenia kolorystycznego, ale uwierzcie mi na słowo - jest piękne.

Wiecie za co uwielbiam uszytki od Szpili? Każdy jest wyjątkowy. Podczas zamówienia możemy wybrać dowolny rozmiar, kolor i inne preferencje związane z naszymi zachciankami. Dzięki temu mamy pewność, że to wyjątkowe dzieło typu hand made jest jedyne w swoim rodzaju. Nikt inny na świecie nie będzie miał drugiego takiego samego egzemplarza. Etui jest porządnie wykonane i praktycznie nie do zdarcia. Asortyment jest od jakiegoś czasu rozszerzany i możecie zamówić nie tylko etui na książki, laptopy, smartfony, ale także piórniki, kluczniki, torby podróżne i wiele innych rzeczy. W sumie to czego Wasza  dusza zapragnie podejrzewam , że Kalina bezproblemowo dla Was stworzy. Pamiętajcie, ona wkłada w swoje dzieła 100% miłości i ciężką pracę. Więc warto doceniać i wspierać osoby, które mają w sobie tyle talentu i pasji, które wkładają w swoją pracę! Dziękuję Ci Kalinko za kolejne dzieło sztuki, które dla mnie uszyłaś i z pewnością to nie będzie ostatni uszytek dla mnie, gdyż planuje zebrać całą kolekcję twoich małych dzieł sztuki!

Lubicie czytać? Jak dbacie o swoje książki? Jeżeli jeszcze nie znacie Szpili i jej dzieł to zapraszam Was serdecznie na jej profil klikając TUTAJ.

Copyright © 2014 MarusiTestowanie , Blogger