sobota, 25 maja 2019

Maseczka w płachcie, perfum, szminka - czyli nowości i hity od Avon!

Maseczka w płachcie, perfum, szminka - czyli nowości i hity od Avon!
Kosmetyki Avon nieraz gościły u mnie na blogu. Wspominałam przy tym iż z firmą znam się od dawna i już jako nastolatka lubiłam składać zamówienia u znajomej konsultantki. Obecnie nie musimy szukać dystrybutora. Wystarczy poświęcić kilka minut by wejść na stronę  https://avon-konto.pl/  by się zarejestrować jako konsultantka bądź klient indywidualny. To nic nie kosztuje, a zyskać możemy wiele. Bezpośredni dostęp do nowości kosmetycznych, możliwość złożenia zamówienia bezpośrednio, a także zarobieniu przy okazji zarejestrowania się jako konsultantka. 

Czasy się zmieniają, asortyment się poszerza, ale są też produkty, które można spotkać w katalogach od lat. O kilku z nich dzisiaj Wam nieco opowiem. Pojawią się też nowości, więc jeżeli jesteście zainteresowani zapraszam do przeczytania całego posta.

Zacznę od nowości, chociaż właściwie seria z której dany produkt pochodzi jest mi znana od lat. Planet Spa Heavenly Hydration, czyli nawilżająca maska w płacie. Odkąd tego typu maseczki zaczęły się pojawiać na rynku kosmetycznym Avon podążył za trendem wprowadzając je także do swojej oferty. 
Od lat jestem wierna maseczkom w tubie i te z Planet Spa goszczą u mnie regularnie. Jeżeli chodzi o płachtę to jest to miła odmiana i nowość podana klientowi w innej formie.

Jest to maseczka jednorazowego użytku w formie płachty. Tkanina jest dość dobrze nasączona. Materiał z którego jest wykonana należy do tych mocniejszych. Nie musimy się obawiać, że nam się porwie przy nakładaniu. Nakładamy nasza płachtę na twarz i relaksujemy się. Po  ściągnięciu maski nadmiar produktu wklepujemy w skórę twarzy i dekoltu. Skóra jest nawilżona i odprężona. Idealna opcja na domowe spa. Cena takiej maseczki to ok. 10 zł. za sztukę.


Jeżeli chodzi o zapachy to oferta Avon jest naprawdę pokaźna. Mamy szerokie możliwości wybierając flakonik dla siebie, czy partnera. Jakieś parę miesięcy temu recenzowałam Wam nowość z której byłam bardzo zadowolona (jeżeli ktoś jest zainteresowany wystarczy cofnąć się wstecz na blogu), a dziś przedstawie zapach wręcz kultowy. Mowa o Far Away. Należy do kategorii kwiatowo-orientalnych. 

Nuta głowy: brzoskwinia, karo  karoundé, kokos, pomarańcza, ylang-ylang
Nuta serca: fiołek, frezja, gardenia, jaśmin, osmanthus, róża
Nuta podstawy: bursztyn, drzewo sandałowe, piżmo, wanilia

Zapach ten bez wątpienia najlepiej sprawdzi się u kobiet dojrzałych i pewnych siebie. Dla młodzieży wydaje mi się być zbyt ciężki. Dlatego też mój flakonik 30 ml. i perfumetka powędrują do teściowej z okazji Dnia Mamy. Ona uwielbia wyraźnie zaznaczające się zapachy kwiatowy z nutką orientalną. Najbardziej wyczuwalny jest tu aromat słodyczy za sprawą kokosa i pomarańczy w składzie. Tą mieszankę owocowo-kwiatową przełamują nuty leśne. Parfumetka o tym samym zapachu idealnie nada się w torebkę lub na dłuższa podróż. Zajmuje mało miejsca, a ulubiony zapach może nam towarzyszyć wszędzie. Koszt 30 ml. buteleczki to ok. 30 zł. Istnieje możliwość zakupu także flakonika o pojemności 50 ml. Za perfumetkę podczas promocji natomiast zapłacimy ok. 10 zł.


Była pielęgnacja, był zapach to czas na kolorówkę. Uwielbiam kredki do oczu i mam ich w swojej kolekcji naprawdę sporo. Od zawsze lubiłam podkreślać oko malując linię wodną. Natomiast jeżeli chodzi o usta wolałam raczej neutralne błyszczyki. Pomadki ochronne zużywałam zawsze nagminnie, a w szminki nigdy nie inwestowałam. 
Im jednak jestem starsza, tym bardziej zaczęłam przykładać uwagę do mojego makijażu. Powoli przekonuje się do tego, że makijaż bez podkreślenia ust jest tak jakby niepełny.


Szminka True Color w odcieniu Pure Pink należy do serii matów. możemy wybrać spośród 18 odcieni ten dla nas właściwy. Ja najbardziej gustuje w różach i nudziakach, więc ten odcień pięknie te 2 sfery kolorów sobą utożsamia.


Pięknie się prezentuje na ustach. Co prawda ja niezbyt lubię typowy mat na ustach, dlatego też najpierw używam szminki ochronnej a dopiero potem nakładam kolor. Dzięki temu trikowi moje usta zyskują aksamitne wykończenie i piękny odcień. Zjada się równomiernie, więc warto mieć ja przy sobie na wypadek chęci poprawienia naszego makijażu. Kosztuje nieco ponad 20 zł. i uważam, że jest warta swojej ceny.

To już wszystkie produkty, o których chciałam Wam opowiedzieć tym razem. Z pewnością nie jest to ostatni post z kosmetykami od Avon w roli głównej.

Macie jakiś ulubieńców od Avon? A może są produkty, które się u Was nie sprawdziły?


środa, 22 maja 2019

Adam Molenda "Wietrzny Wojownik". Recenzja.

Adam Molenda "Wietrzny Wojownik". Recenzja.
Przez jakiś czas miałam blokadę czytelniczą i nie umiałam sięgnąć po żadną lekturę. Każdy czasami tak ma. Warto wtedy na chwilę odpuścić, by móc ze zdwojoną silą poznawać kolejne perełki. Stało się tak i tym razem. Przychodzę do Was z kolejną pozycją, którą po przerwie pochłonęłam bardzo szybko. "Wietrzny wojownik" Wydawnictwa Akronim jest powieścią liczącą nieco ponad 170 str. Napisana jest prostym, lecz przemyślanym językiem. Czyta się ją bardzo szybko i przyjemnie.


Cała sceneria rozgrywa się na obozie dla dzieci i młodzieży. Główni bohaterowie trenują żeglarstwo i szykują się do mających się odbyć za niedługo zawodów regatowych. Robert Grabowski jest bardzo uzdolnionym chłopakiem i to właśnie na jego zwycięstwo stawia Hiszpan - trener drużyny. Zdecydowane faworyzowanie chłopaka odbija się na jego stosunkach z chłopakami z ekipy. Nawet jego najbliższy przyjaciel Niedźwiadek z którym pływał od lat odsuwa się od niego. Stało się to po tym jak trener zdecydował o zmianę załogi łodzi by zwiększyć szanse Roberta na zwycięstwo. Czy  dążenie trenera do zwycięstwa pomimo wszystko doprowadzi Roberta do sukcesu?


W książce akcja kręci się wokół Roberta i jego przyjaciół. Wyżej wspomniany Niedźwiadek (Marek), z którym chłopak żeglował na "Lotnej" przez wiele lat. Wspierali się i mieli dobry kontakt, aż do chwili, gdy trener zamienił go na Spałę, kierując się dobrem zawodów.

Zosia, dziewczyna Marka. Wesoła i zadziorna. Lubi się droczyć z chłopakiem i śmiać się na głos. Zależy jej na nim, więc gdy wychodzi sprawa z wymianą załogi "Lotnej" staje w obronie chłopaka. Ma żal do Roberta i przez to kłóci się także ze swoją przyjaciółką Magdą.

Magda z Robertem bardzo się lubią. Jednak ze względu na sytuacje z Niedźwiadkiem i wiele niedomówień między nimi ich kontakt się psuje, aż w końcu idą każde w swoją stronę. Na szczęście na końcu książki odnajdują w sobie na tyle odwagi, żeby wznowić kontakt i nie zmarnować szansy na uczucie, które połączyło ich na obozie.


Autor bardzo umiejętnie skonstruował postacie. Pomimo młodego wieku są oni dość dojrzali i mądrzy. Oczywiście nie są idealni i tak jak każdy w ich wieku popełniają błędy. Muszą wybierać pomiędzy przyjaźnią i chęcią zwycięstwa. Uczuciami, niedoświadczeniem życiowym i emocjonalnym. W tekście znajdziemy także słownictwo odpowiadające tematyce żeglarskiej, więc jest to świetna okazja by poznać coś nowego i  nauczyć się fachowej terminologii.


Powieść Adama Molendy wciąga, pozwala powrócić do młodzieńczych lat, a także daje możliwość poznania żeglarstwa ze strony prawdziwych pasjonatów tego sportu. Polecam! Posiadam jeszcze jedną książkę tego autora i niedługo podzielę się z Wami moją opinią na jej temat. Myślę, że tak jak w przypadku "Wietrznego wojownika" będę mile zaskoczona. Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Akronim.

W przerwach od czytania lubię serfować po internecie i szukać różnych rzeczy. Z racji tego, iż ostatnio zepsuła nam się lodówka najczęściej oglądanymi przeze mnie stronami są te, na których można znaleźć tego rodzaju sprzęt. Szukając elementów wyposażenia kuchni natrafiłam na ofertę urządzenia, którym jest zmywarka gastronomiczna. Przykuły moją uwagę wysokiej jakości maszyny do mycia i wyparzania szkła i porcelany. Co prawda użytkowane są w lokalach gastronomicznych i w domu rodzinnym raczej nie mamy takich potrzeb jeżeli chodzi o zmywanie naczyń. Jednak gdyby ktoś z Was wiązał swoją przyszłość z gastronomią to tego typu sprzęt w kuchni to podstawa.

środa, 8 maja 2019

Reveal Youth - pierwszy spersonalizowany program do pielęgnacji skóry od AA. Zatrzymaj młodość na dłużej.

Reveal Youth - pierwszy spersonalizowany program do pielęgnacji skóry od AA. Zatrzymaj młodość na dłużej.
Hej! Dziś przychodzę do Was z kolejnymi nowościami. Mowa o 5 produktach z linii Reveal Youth od AA. Od ponad miesiąca testuje 3 produkty z tej serii i przyszedł czas aby podzielić się z Wami moją opinią.
                           

Spersonalizowany program pielęgnacyjny stworzony został aby walczyć z oznakami starzenia zanim takowe zdążą się pojawić. Dzięki połączeniu kremu z wybraną kuracją skóra wygląda promiennie i młodo. 

Zaczniemy więc od podstawy, czyli AA Reveal Youth krem antyoksydacyjny na dzień. To właśnie on jest początkiem naszej pielęgnacji. Produkt otrzymujemy w kartoniku na którym zamieszczone są podstawowe informacje: skład, działanie i sposób użytkowania. Jest on klasyczny, utrzymany w odcieniu pastelowego różu. Na jego tle wyróżnia się charakterystyczne srebrne tłoczenie.


Krem jest zamknięty w szklanym słoiczku o pojemności 50 ml. Etykieta w kolorze różu i srebrna nakrętka nawiązują do tonacji pudełka. Sam produkt jest bardzo lekki, wręcz lejący się dlatego też warto uważać, gdy odkręcamy wieczko. Jeżeli słoik będzie pochylony istnieje możliwość iż zawartość nam po prostu "ucieknie". Krem wzbogacony jest filtrem SPF 20, a także aktywnymi składnikami, dzięki którym uzyskamy pożądany efekt.
  • Witaminy E+C oraz koenzym Q10 chronią skórę przed szkodliwym działaniem czynników przyspieszających jej starzenie.
  • SkinIQ complex służy wyrównaniu kolorytu. Odnawia i wygładza cerę. Zapobiega powstawaniu przebarwień.
  • Olej ryżowy, bogaty w antyoksydanty i tłuszczowe kwasy odżywcze, pobudza skórę do regeneracji.


Kremu używam codziennie rano. Dzięki lekkiej formule bardzo łatwo rozprowadza się on po twarzy, szyi i dekolcie. Jeżeli chodzi o zapach, to przypomina mi trochę świeży ogórek. Jest delikatny, więc raczej nie podrażni wyczulonych nosków. Wchłania się w kilka sekund, więc nie mamy poczucia tłustego filmu. Wygładza i nawilża skórę nie przeciążając jej. Producent zaleca dla lepszych efektów dodanie do kremu kilku kropel wybranej kuracji. Ja jednak stosowałam je osobno. Wolę pielęgnację krok po kroku i nie szczególnie przypadam za mieszaniem. 
Koszt ok. 45 zł.

Warto wspomnieć o tym, że całą serie można stosować na 3 sposoby
1. W kolejności, czyli kuracje, a następnie krem. (Ja aplikowałam najpierw krem, a potem kuracje).
2. Miksuj, czyli kilka kropel kuracji mieszamy z kremem i wtedy nakładamy na skórę.
3. Aktywna skuteczność, czyli 30 dniowe stosowanie samej kuracji.

Po aplikacji kremu czas na kolejny produkt. Wybrałam AA Reveal Youth kuracja łagodząca zaczerwienienia


Produkt otrzymujemy w kartoniku w odcieniu brzoskwiniowym. Wszystkie potrzebne informacje są zawarte na pudełku. Sama kuracja mieści się w szklanej buteleczce o pojemności 15 ml. Konsystencja rzadka, więc producent stworzył pipetę za pomocą której możemy aplikować produkt bezpośrednio na skórę. Z początku nie za specjalnie się  z nią polubiłam, gdyż się zacinała, a ja musiałam sięgać do buteleczki po kilka razy aby nabrać wystarczającą ilość produktu. Wszystko jest jednak kwestią wprawy i obecnie już za pierwszym razem udaje mi się pobrać tyle produktu ile potrzebuje na jedną aplikacje.

  • Ekstrakt z czerwonych mikroalg zmniejsza zaczerwienienia i pobudza skórę do regeneracji.
  • Witamina E chroni przed szkodliwymi czynnikami, które powodują zaczerwienienia skóry.
  • Olej z wiesiołka i pachnotki, koi minimalizując uczucie swędzenia i pieczenia.

Dzięki tym aktywnym składnikom produkt idealnie nadaje się dla skóry wrażliwej. Ja co prawda posiadam mieszaną, ale od jakiegoś czasu mam problem z powstającymi zaczerwienieniami. Kuracja łagodzi stany zapalne i dobrze nawilża cerę. Poprawia jej koloryt dzięki czemu wygląda na wygładzoną i wypoczętą. Wchłania się po kilku minutach. Nie zostawia filmu. Pachnie bardzo delikatnie.
Koszt ok. 46 zł.

Wieczorem czas na demakijaż. Po umyciu twarzy sięgam po tonik. Następnie używam kremu na noc. I nadchodzi czas na kolejny produkt. Sięgam po AA Reveal Youth kuracja wypełniająca zmarszczki


Tym razem kolorem przewodnim jest błękit. Tak jak w przypadku poprzednika pojemność to 15 ml. Aplikujemy za pomocą pipety. Jedna w zupełności wystarcza na pokrycie całej twarzy. Wchłania się po kilku minutach. Zapach mi bardzo przypomina krem. Także jest raczej świeży i delikatny. 
Koszt ok. 46 zł.

  • Pro_RA complex stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, które odpowiadają za gładkość i jędrność naszej skóry.
  • Ekstrakt z algi  śnieżnej dzięki swoim niezwykłym właściwościom, chroni skórę przed procesami starzenia.
  • Kompleks dotleniający poprzez uwolnienie cząsteczek O2 pobudza metabolizm, dotlenia i dodaje skórze energii.


Zbliżam się powoli do 30-stki, więc coraz częściej staram się wybierać pielęgnacje, która choć trochę pomoże mi zatrzymać czas i opóźnić proces starzenia. Dlatego cieszę się, że dzięki Michałowi (Twoje Źródło Urody) miałam możliwość poznać ten spersonalizowany program.

Co zauważyłam po ponad miesięcznym okresie stosowania? Skóra zrobiła się gładsza, a w dotyku bardziej miękka. Zniknęły zaczerwienienia z którymi się borykałam od jakiego czasu.  Co do efektu przeciwzmarszczkowego to ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Myślę, że jest to zbyt krótki czas aby stwierdzić zdecydowaną poprawę. Zresztą nie mam tych zmarszczek aż tyle. Z pewnością skóra jest bardziej elastyczna, więc i proces powstawania nowych jest nieco opóźniony. Żałuje, że nie został stworzony także krem na noc, by uzupełnić kuracje. Zarówno krem jak i kuracje są bardzo wydajne, więc z pewnością starczą mi jeszcze na co najmniej miesiąc. Warto inwestować w młodość. Ona zbyt szybko mija, jednak dzięki specjalnie dobranej pielęgnacji możemy ten czas odrobinę zatrzymać i czuć się dłużej młodo i świeżo.

Znacie serie Reveal Youth? Jak się u Was sprawdziły te produkty?

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Radosław Rutkowski "Remedium". Recenzja.

Radosław Rutkowski "Remedium". Recenzja.
Po raz kolejny sięgnęłam po książkę nie wiedząc o niej praktycznie nic. Rzadko kiedy czytam skrócony opis, czy sugeruje się innymi recenzjami danego dzieła. Jest to zazwyczaj spontan. Ta ułomna chwila, gdy ryzykuje i czytam coś, co mam okazję "odkryć" od początku do końca. W niektórych przypadkach czytelniczą "chemię" czuje już od pierwszych stron, w innych męczę się aż do końca. Nie przyzwyczaiłam się do zatrzymywania się w połowie. Jeżeli coś zaczynam czytać to staram się daną pozycje skończyć. Jak było w tym przypadku? Czy poczułam się zauroczona, czy męczyłam się brnąc przez ponad 300 stron?


Przemek Stawczuk, Policyjny śledczy z Krakowa, zostaje wezwany do Łodzi, aby odnaleźć sprawcę strasznego morderstwa. Ofiarą jest młoda studentka Karina. Dziewczyna nie miała wrogów i nie była w nic zamieszana, a jednak została brutalnie zamordowana w mieszkaniu, które dzieliła ze swoją współlokatorką Pauliną. Na ścianie jej pokoju sprawca umieścił wiadomość "Żyłaby, gdybyś otworzyła drzwi". Jak się okaże w trakcie śledztwa, wiadomość ta dotyczy własnie Pauliny. Morderca obiera sobie dziewczynę za cel, a swoje zabójstwa tłumaczy próbą zlikwidowania panującej wśród społeczeństwa znieczulicy. Za każdym razem, gdy dziewczyna unika udzielenia pomocy innym morderca zabija kolejną ofiarę. Na miejscach zbrodni zostawia wiadomość. Jest to swego rodzaju odpowiedź na pytanie: Dlaczego ktoś zginął? Śledczy Przemek Stawczuk i przydzielony do niego partner Tomek Gąsior próbują poskładać fragmenty wiadomości w całość i odnaleźć zabójcę, który szuka remedium dla zobojętniałych dusz.  


Zazwyczaj nie sięgam po kryminały, gdyż jest to gatunek, który raczej do mnie nie przemawia. Od zawsze kojarzy mi się z treścią przepełnioną fachowymi terminami i żargonem kryminalistycznym, których zwyczajnie nie rozumiem. W przypadku Remedium zostałam bardzo mile zaskoczona. Książka napisana jest naprawdę prostym językiem. Mamy możliwość towarzyszyć śledczym w całym procesie jakim jest poszukiwanie zabójcy. Każda ofiara to kolejny fragment układanki. Z pewnością zaciekawią czytelnika tu procesy myślowe, dzięki którym w sposób dydaktyczny i psychologiczny zostają odnalezione tropy prowadzące do sprawcy zabójstw.


Nie miałam zamiaru Wam streszczać tutaj całej książki lecz zasiać ziarenko ciekawości, które spowoduje, że sięgniecie po tą pozycje. Ja czytałam ją z wielkim zaciekawieniem. Czasami się uśmiechałam, czasami byłam smutna. To, w jaki sposób śledczy wyszukują tropy jest naprawdę bardzo fascynujące. Mimo ponad 300 stron akcji, zabrakło  mi tu końcówki, która byłaby odpowiedzią na pytanie: Czy to rzeczywiście jest koniec? I co dalej? Autor bardzo mnie zaciekawił i wydaje mi się, że mógłby dalej pociągnąć tą historię. Nie znalazłam żadnej informacji na ten temat, więc pozostaje mi życie w niepewności.

Na chwilę zatrzymam się także na okładce. Tytuł jest tak jakby krzywo nadrukowany, co wywołało we mnie ochotę go "poprawić". Bardzo fajny chwyt, który bez wątpienia przyciągnął moją uwagę.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu AlterNatywne.

A Wy lubicie kryminały? Może macie do polecenia pozycje po które warto sięgnąć?

wtorek, 23 kwietnia 2019

Bądź szalona i odważna z Dolls Team lub rozważna i romantyczna z Romance Wedding. Hybrydy z najnowszych kolekcji od NC Nails Sompany

Bądź szalona i odważna z Dolls Team lub rozważna i romantyczna z Romance Wedding. Hybrydy z najnowszych kolekcji od NC Nails Sompany

Hej kochani! Czy u Was też już wiosennie? A wraz ze zmianami pogodowymi i my wybudzamy się powoli z zimowej śpiączki. Świeci słońce, dni są coraz dłuższe, a kolory powoli pojawiają się nie tylko w naszych ubraniach lecz także w naszych makijażach i naszym manicure. NC Nails Company chyba nie muszę już Wam przedstawiać? Ci co do mnie zaglądają już zdążyli zauważyć, że produkty tej firmy uwielbiam. Trwałość, łatwość w użytkowaniu i oczywiście ogromny wybór - własnie za to cenię tą markę.


NC Nails wciąż zaskakuje swoich klientów m.in. nowymi kolekcjami lakierów hybrydowych. Pazurki robię sobie od ponad dwóch lat i od momentu pierwszego manicure kolekcja hybryd i ozdób wszelkiego rodzaju nieustannie rośnie. Chyba już jestem uzależniona, ale co poradzić, gdy firma tak rozpieszcza swoich klientów? Tym razem w sprzedaży pojawiły się 2 nowe kolekcje Romance Wedding i Dolls Team.


Pierwsza, czyli Romance Wedding to kolekcja 11 przepięknych i subtelnych odcieni, które sprawdzą się na takie okazje jak ślub, wesele, lub zaręczyny. Każda z nas w takich momentach chce czuć się wyjątkowo i te kolorki mają nam w tym pomóc. Znajdziemy tu przygaszone róże, nudziaki, czy chociażby kolorki niemalże transparentne.Co prawda w planach nie mam żadnego z tych wydarzeń, jednak nie mogłam się oprzeć by nie zamówić dwóch piękności z tej kolekcji. 


No Man No Cry, czyli "nie ma faceta nie ma łez". Powiem Wam, że coś jest w tej nazwie autentycznego;)  Co do kolorku to jest to nieco ciemniejszy odcień niż widzimy na etykiecie. Można go zaliczyć do najciemniejszego z całej 11. Jest to ciepły brąz. Ja w swojej stylizacji, którą pokaże Wam na końcu posta użyłam go do zdobienia, lecz jako bazowy kolorek prezentuje się równie pięknie.


I Love You, czyli "Kocham Cię" jest drugim moim wyborem z tej kolekcji, który znalazł się w zamówieniu. I tu już mamy typowo dziewczęcy intensywny pudrowy róż. Jeżeli ktoś jest fanem takiej kolorystyki z pewnością nie przejdzie obok niego obojętny. Tak jak w przypadku poprzednika użyłam tego odcienia do zdobień. Jednak już rozmyślam nad następnym manicure, który chyba wykonam całkowicie w odcieniach różu. Pigmentacja jest świetna, więc jedna warstwa wystarczy by kolor był intensywny i nie prześwitywał. Ja z przyzwyczajenia daje dwie cienkie warstwy.

Przechodzimy do ostatniej nowości, która trafiła w moje ręce, czyli Hush Hush Baby "cichutko kochanie" by Osi Ugonoh. Jeżeli jesteś ambitna i odważnie zamierzasz wyruszyć na podbój świata to na twoich paznokciach nie może zabraknąć szalonych kolorów kolekcji Dolls Team. 15 odważnych odcieni dodadzą pewności siebie i podkreślą twoją indywidualność.


Ten niebieski błękit podbił moje serce. Głębia koloru i pigmentacja sprawiły, że zagościł on na wszystkich moich pazurkach podczas ostatniego paznokciowego eksperymentu, który za chwilkę Wam zaprezentuje. Niebieski to także kolor przyjaźni, więc z pewnością "zaprzyjaźnicie się" z tym lakierem hybrydowym.

Mam dla Was wzornik, na którym możecie zobaczyć jak dane kolorki się prezentują. Zdjęcia lakierów robiłam po otrzymaniu paczuszki, a manicure nieco później i wzornik malowany był własnie wtedy, dlatego też nie jest to zbyt "profesjonalnie" zrobione zdjęcie. Mam jednak nadzieję, że mi to wybaczycie.


Na koniec przedstawiam Wam co udało mi się zmalować tymi nowościami. Jak już wcześniej wspominałam kolorem przewodnim jest tutaj Hush Hush Baby w którym się absolutnie zakochałam. By pokazać Wam wszystkie hybrydy pozostałych dwóch użyłam tutaj do zdobień na środkowym paznokciu. Za pomocą sondy umieściłam kropki różnej wielkości. najpierw I Love You (w mniejszości, około dwóch rządków), resztę powierzchni paznokcia wykropkowałam No man No Cry.  Na dwóch paluszkach użyłam efektu Ice Crush w odcieniu ciemno niebieskim z odrobiną fioletu, który miałam w swojej kolekcji.


Zdjęcia gotowego manicure przedstawiam na różnym tle żebyście mogli zobaczyć różnicę kolorystyczną. Ja jestem zadowolona i po raz kolejny hybrydy od NC Nail Company okazały się strzałem w dziesiątkę. 

Już niedługo swoje święto będą obchodzić nasze mamy. 26 maja pośpieszymy do nich by złożyć życzenia i obdarować ich jakimś prezentem od serca. Wciąż poszukuje coś, czym mogłabym zaskoczyć moją mamą. Jest typową sroką, więc wydaje mi się, że biżuteria typu bransoletki srebrne mogłaby się w tym przypadku sprawdzić idealnie. Mam jeszcze chwilę czasu by się zastanowić, ale wydaję mi się, że podarowanie tego typu ozdoby z pewnością ja ucieszy.

Macie jakieś kolorki z najnowszych kolekcji? Który z wybranych przeze mnie podoba Wam się najbardziej?


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Balmi - poziomkowe nawilżenie dla Twoich ust!

Balmi - poziomkowe nawilżenie dla Twoich ust!
Nieraz na blogu wspominałam, że jeżeli chodzi o pielęgnacje to niestety mam problem  z systematycznością. Ciężko mi jest pamiętać o regularnym stosowaniu jakiegoś kosmetyku. Jako skutek tego często borykam się z suchością mojej skóry. Żeby jakoś zmienić ten nawyk, a raczej go nabyć starałam się wyszukiwać kosmetyków, dzięki którym systematyczność wejdzie mi w krew. Co może w tym pomóc? Z pewnością dobrze działanie produktu na skórę, ale piękny zapach i oryginalne opakowanie też robi swoje.


Podczas przeprowadzki w pracy, która miała miejsce w lutym nauczyłam się regularnie używać kremów do rąk. Dzięki temu po kilkugodzinnym codziennym pakowaniu towaru do kartonów moje ręce nie były aż tak suche i zniszczone. Ten, kto pracuje w zamkniętym pomieszczeniu wie, iż najczęstszym problemem jest suchość powietrza. Człowiek ciągle odczuwa brak nawodnienia w organizmie, a usta wymagają podwójnego nawilżenia. Warunki pogodowe także nas nie rozpieszczają  dlatego moim niezbędnikiem jest balsam do ust. Skóra  w tym miejscu jest wyjątkowo wrażliwa, gdyż narażona zostaje na uszkodzenia poprzez wiatr, słońce i suche powietrze. 


Tego typu produktów wypróbowałam już naprawdę wiele i staram się nie dopuścić do tego, by moje usta były spierzchnięte, lub pękały przez brak nawilżenia. Od kilku tygodni z pomocą przychodzi mi Balmi. Odkąd mam tą kosteczkę nauczyłam się nawet w miarę systematycznie smarować swoje usta.

 
Dzięki odżywczemu masłu Shea, olejku jojoba i witaminie E moje usta są odpowiednio nawilżone. Nietypowy kształt stożka pozwala na przyjemną i precyzyjną aplikacje. Miłośniczkom poszukującym w balsamach czegoś innowacyjnego ta kosteczka na pewno przypadnie do gustu. Połyskujące opakowanie w kolorze ciemnego złota i tłoczenie z pewnością przyciągnie kobiecy wzrok. 


Mój balsam do ust jest w wersji poziomkowej. Jest ona odrobinę słodka w zapachu, co da się wyczuć jeszcze przez jakiś czas po aplikacji. Każda miłośniczka słodyczy na ustach znajdzie w asortymencie Balmi coś dla siebie. Kokos, jagodę, malinę, a nawet miętę możecie znaleźć na  www.boutiquecosmetics.pl. Koszt 7 g. kosteczki to niecałe 20 zł. Idealny na co dzień jak i w podróży. Dzięki swoim właściwościom nawilżającym może się sprawdzić także przy oswojeniu niesfornych brwi, suchych łokci lub kolan, a nawet przy wysuszonych skórkach. Co sprawiło, że sięgam po ten balsam regularnie? Przede wszystkim  jego właściwości odżywcze, dzięki którym moje usta odzyskały miękkość i pozbyły się suchych skórek. No i oczywiście kwestia opakowania, które mnie do siebie przyciąga. Codziennie jest w mojej torebce, a gdy jestem w pracy od razu ląduje na biurku bym mogła po niego często sięgać.

Warto pamiętać o tym, że konsumenci "kupują" przede wszystkim oczami. Kwestia wizualnego wyglądu towaru jest bardzo ważna. Najpierw oglądamy towar. Jeżeli pierwsze wrażenie okaże się dobre decydujemy się na zakup. Dużą rolę odgrywa tutaj projektowanie opakowań. Umiejętnie opracowany projekt przyciągnie uwagę klienta i zapewni sprzedaż. Warto więc postawić nie tylko na praktyczność lecz także oryginalność. Równowaga tych dwóch kwestii to podstawa sukcesu.

czwartek, 11 kwietnia 2019

Kuracja przeciwłupieżowa w dwóch odsłonach od Catzy Laboratories

Kuracja przeciwłupieżowa w dwóch odsłonach od Catzy Laboratories
Haj kochani! Po recenzji książkowej nadszedł czas na pokazanie Wam kilku nowości, które miałam okazje przetestować. W najbliższym czasie możecie się spodziewać na blogu kolorówki, pielęgnacji, wpisów paznokciowych. Miłośników czytania też czekają świetne pozycje, więc warto wyczekiwać.


Dziś przychodzę do Was z wpisem dotyczącym produktów do pielęgnacji włosów. Za wiele tej tematyki na blogu nie znajdziecie, a szkoda. Mogłabym "książkę" napisać jeżeli chodzi o wszystkie produkty, które w ciągu moich ponad 25 lat już na swoich włosach wypróbowałam. Muszę pomyśleć i  tą tematykę nieco tu rozszerzyć, bo uwierzcie mi na słowo, jest o czym pisać. 


Moje włosy są długi i cienkie. Mimo to jest ich dość sporo i moja fryzjerka podczas każdej wizyty się śmieje, że niby są takie leciutkie, ale objętości im nie brakuj. Jeżeli chodzi o ich pielęgnacje to moją zmorą jest zbyt szybkie przetłuszczanie się. Próbowałam już wielu specyfików. Marzę o tym, by znaleźć cudowne kosmetyki, dzięki którym moje włosy będą czyste i "świeże" dłużej niż przez jeden dzień. Dużych zniszczeń im nie funduje, gdyż suszarki używam naprawdę sporadycznie, a jeżeli chodzi o farbowanie to robię pasemka. Częstotliwość moich wizyt w salonie fryzjerskim to ok. raz na 4-6 miesięcy, więc moja czupryna jest dość zdrowa (przynajmniej tak twierdzi moja fryzjerka).


Z firmą Catzy do tej pory się nie spotkałam, więc tym większa była moja ciekawość na temat tego,co ma w swojej ofercie. Od ponad 30 lat spełniają marzenia klientów o pięknych i zdrowych włosach. Współpracują z wieloma fryzjerami i stylistami dostarczając im nie tylko profesjonalne kosmetyki lecz także wyposażenia salonów oraz edukacje. Ja miałam okazje przetestować produkty, które do kupienia dostępne są w aptekach. 


Otrzymałam 2 produkty  z serii skutecznej kuracji przeciwłupieżowej.  Pierwszym z nich jest szampon przeciwłupieżowy do każdego rodzaju włosów. Zawiera on 1% pirytionianu cynku, który jest substancją o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwgrzybiczym. Produkt jest przebadany dermatologicznie. Kartonowe opakowanie jak i sama buteleczka utrzymane są w kolorystyce biało-czerwonej. Od razu skojarzyła mi się z produktem aptecznym. Pojemność buteleczki to 200 ml, czyli raczej standardowa. Niewielką ilość szamponu wmasowujemy w skórę głowy i włosy.  Po kilku minutach spłukujemy. W razie potrzeby czynność powtarzamy. 


Jeżeli chodzi o łupież, to nie mam z nim zbytnio problemu. Od jakiegoś czasu zaczął mi dokuczać  świąd skóry głowy, a to z kolei powadzi do łupieżu. Więc byłam ciekawa, czy ten szampon pomoże mi pozbyć się tej dolegliwości. Produkt jest średnio lejący się, więc możemy go spokojnie optymalnie do potrzeb dozować. Jest o lekkim zabarwieniu i dość  ładnym zapachu. Przypomina mi nieco woń kremu. Przejdźmy zatem do działania. Producent w przypadku łupieżu zaleca codzienne stosowanie produktu. Ja tego problemu nie mam, więc myłam głowę co 2-3 dni. Zauważyłam, że włosy są dobrze oczyszczone i lejące się. Co do ich "świeżości" to prawie  2 dni wytrzymały, ale z lekkim przymrużeniem oka. Plus za to, że nie zauważyłam żadnego problemu ze swądem skalpa i to uważam za duży plus.


Drugim produktem jest ziołowy szampon przeciwłupieżowy. Jak i poprzedni zawiera on 1% substancji o działaniu przeciwgrzybiczym i przeciwbakteryjnym. Został dodatkowo wzbogacony w ekstrakty z brzozy, rozmarynu, rumianku i pokrzywy, czyli zioła o podobnych właściwościach. Szata graficzna utrzymana jest w zieleni i bieli i także przypomina produkt apteczny. Pojemność 200 ml. Szampon jest bardo podobnej konsystencji co jego poprzednik. Jest lejący się, a zabarwienie białe. W przypadku zapachu to i tu ma skojarzenie z kremem. Da się tu jednak wyczuć delikatną ziołową woń. Jeżeli chodzi o stosowanie to zaleca się codzienną kuracje, aż do uzyskania pożądanych efektów.


Ten produkt przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się, czyli w sam raz dla moich. Myłam nim głowę co ok.2 dni i z rezultatów byłam zadowolona. Włosy były dobrze oczyszczone i błyszczące. Nie zauważyłam podrażnienia skóry lub swędzenia. Nie obciążał moich włosów i nie plątał. Z przedstawionej dwójki szamponów to ten zrobił na mnie lepsze wrażenie. Wydaje mi się, że sprawdził się odrobinę lepiej niż poprzednik. Co do głównego efektu przeciwłupieżowego nie mogę się wypowiedzieć, bo po pierwsze nie mam łupieżu, a po drugie stosowałam oba produkty stosunkowo krótko. Pożądane efekty może przynieść dłuższa kuracja i codzienne stosowanie. Nieraz produkty przeciwłupieżowe potrafią przynieść skutek odwrotny od zamierzonego. Na szczęście takowego tu nie zauważyłam. Tak więc podsumowując - jestem zadowolona z efektów po stosowaniu i jeżeli w przyszłości ja lub ktoś z moich bliskich będzie borykać się z problemem łupieżu z pewnością polecę mu te 2 szampony. 

Jesteśmy z partnerem na takim etapie naszego życia, że planujemy wspólną przyszłość. Kwintesencją początku tej drogi jest kupienie własnego gniazdka. Rozważaliśmy wiele opcji u nas w mieście. Nie ograniczamy się jednak tylko do miejsca naszego zamieszkania. Ostatnio natknęliśmy się na stronę na której zamieszczone były mieszkania na sprzedaż w Sosnowcu. Oferty zainteresowały nas swoją funkcjonalnością, swobodą aranżacji i komfortem użytkowania. Być może warto jest rozważyć przeprowadzkę do innego miasta i kupienie tam własnego gniazdka. Teraz mamy twardy orzech do zgryzienia i niełatwą decyzje do podjęcia.

Copyright © 2014 MarusiTestowanie , Blogger