piątek, 21 września 2018

5 pomysłów na odnowę wnętrza z artgeist.pl

5 pomysłów na odnowę wnętrza z artgeist.pl
Witajcie kochani!

Jak już zapewne wiecie, bo kiedyś już o tym wspominałam, mieszkamy obecnie z partnerem u teściowej. Do naszej dyspozycji jest pokój, a na dodatek jest on przejściowy. Kto kiedykolwiek mieszkał w takich warunkach dokładnie wie, że ilość możliwości zmian jest  tym przypadku ograniczona. Jestem sroką i bardzo lubię różnego rodzaju elementy dekoracyjne. Niestety zdaje sobie tez sprawę z tego, że ledwo z podstawowymi rzeczami mieścimy się na tych zaledwie 20m2, a co dopiero dodać tu jakieś dekoracje.

Mimo sporego ograniczenia metrażowego szukam różnych rozwiązań. Podczas  przeglądania inspiracji w internecie natrafiłam na stronę artgeist.pl. To własnie tu znalazłam kilka rozwiązań, dzięki którym możecie zmienić wasze mieszkanie nie do poznania. Ja szukałam czegoś, co na chwile obecną odmieni nasz pokój i nada mu charakteru, a w przyszłości ozdobi nasze własne gniazdko. A więc zbytnio nie przedłużając, zaczynajmy. 


Jeżeli jesteście prawdziwymi koneserami sztuki to z pewnością docenicie asortyment z tego działu. Do wyboru są obrazy z następujących grup tematycznych: abstrakcje, krajobrazy, kwiaty, miasto, etniczne, orientalne, zwierzęta i ludzie. Jak widać kategorii jest sporo, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Najbardziej spodobały mi się obrazy, które swoje inspiracje czerpały ze znanych dzieł sztuki. Tu np. znalazłam podobiznę słynnego Pocałunku G.Klimta. 


Spodobało mi się takie kolorowe i nieco innowacyjne podejście do dzieła słynnego malarza. Żywe kolory oraz różne kształty zawarte na tym płótnie bardzo do mnie przemawiają.


Na tym dziale skupiłam się najbardziej. Jakiś czas temu skusiłam się na jeden obraz o którym pisałam Wam TU. W przypadku ograniczonego metrażu to właśnie ściany stanowią to miejsce, gdzie możemy pokombinować z ozdobami. Podczas podjęcia decyzji zeszłym razem nie umieliśmy się zgrać co do jednego obrazu. Wiadomo, gusta są różne i nieraz jest ciężko dojść do kompromisu. W tamtym momencie nieco postawiłam na swoim i wybraliśmy to, co było bliższe mojemu gustu. Tym razem postanowiłam nieco ulegnąć i zamówić to, co już zeszłym razem podobało się mojemu partnerowi. Tym oto sposobem wybór padł na Dotyk w czerni i bieli.

Na stronie producenta obraz prezentuje się następująco (patrz wyżej). Jest utrzymany w kolorach czerni i bieli. Pokój mamy pomalowany na fioletowo, więc te odcienie idealnie do siebie pasują. Tym razem znów zdecydowaliśmy się na płótno składające się z kilku części. Mimo to jest możliwość zawiesić ten obraz tak, by między pojedynczymi elementami nie pozostawała żadna przestrzeń. A więc, kto co lubi. 


Całość zajmuje 120x80 cm. Każdy z poszczególnych elementów ma wymiar 40x80 cm. Każda część jest lekka i nie wymaga zbyt skomplikowanego mocowania. Obraz jest na płótnie, a jego szerokość jest tak minimalistyczna, że nie odstaje on zbytnio od ściany. Oczywiście istnieje możliwość wyboru rozmiaru odpowiedniego do waszej ściany.


Płótno ma wykończenie matowe, ale dla miłośników błysku też się coś znajdzie. Tę samą wersje obrazu można zamówić w technice Premium Print. Dzięki nałożeniu specjalnej bezbarwnej warstwy werniksu obraz zyskuje delikatny połysk i fakturę charakterystyczną dla płócien olejnych. 


Obraz dotarł do nas błyskawicznie. To, co bardzo mi się podobało, to sposób zabezpieczenia. Każda część została osobno zafoliowana, co oznacza tylko jedno - bezpieczna podróż do klienta. Jeżeli mój wybór do Was nie koniecznie przemawia, bo przecież każdy z nas ma inny gust, odsyłam Was do innych kategorii, m.in.: miasta i architektura, street art, vintage i retro, dla dzieci, 3D, a nawet religijne
Jeżeli w planach macie większą metamorfozę któregoś z pokoi to polecam Wam się skupić na fototapetach. Dzięki jej użyciu możemy zmienić jedną, bądź kilka, a nawet i wszystkie ściany w danym pokoju. Uważam, ze złotym środkiem jest użycie fototapety na jednej ścianie. Jeżeli chcemy, by konkretne miejsce przykuwało nasz wzrok, to własnie to miejsce jest idealne na zmiany. 

Jeżeli kusi Cię widok pięknej słonecznej plaży o poranku, to fototapeta z działu krajobrazy będzie idealna dla Twojej sypialni. 


Coraz częściej by urozmaicić design naszego mieszkania sięgamy po naklejki. Artgeist.pl przychodzi nam z pomocą w kilku kategoriach: napisy, ozdobne, do kuchni, postacie,  podróże, hobby, roślinne, dla dzieci, znaki zodiaku i zwierzęta. Mi się najbardziej podobają napisy, więc wybrałam kilka by Wam je zaprezentować.

Idealna ozdoba ściany dla świeżo upieczonej pary młodej, albo dla dwójki osób, które się kochają.

Cytaty motywujące to chyba najlepsze, co może być, jeżeli chodzi o ozdobę na ścianę. Wygląda oryginalnie i motywuje.

W kuchni tego typu napisy na ścianie są fajną odskocznią od tradycyjnych płytek, czy tapet. Na mnie robi wrażenie.


Podobno z tradycyjnych tapet już powoli rezygnujemy i coraz rzadziej używamy je na ścianach w naszym domu. Tutaj mam na musli tapety nowoczesne, czyli takie, które swoim printem i strukturą wcale zwyczajnej tapety nie przypominają. Mowa tu o tapetach magma - cięcia i dopasowania w każdym miejscu. Do wyboru mamy m.in. cegły, mozaikę czy chociażby drewno. Poniżej kilka propozycji, które mi się bardzo podobają. 



Mi od dawna bardzo podoba się cegła dekoracyjna. Wygląda ona bardzo efektownie, lecz także jest dość kosztowna. Pomysł użycia tapety z odwzorowaniem kamienia dekoracyjnego wydaje się być najprostszym, tańszym, ale wcale nie najgorszym rozwiązaniem. 

Takim oto sposobem przedstawiłam Wam wiele możliwości, które daje nam asortyment sklepu artgeist.pl na odmianę naszego pomieszczenie. Pamiętajmy że nawet najmniejszy metraż, jeżeli jest dobrze przemyślany może prezentować się nowocześnie, efektywnie i z pazurem. 

Zdjęcia użyte w poście pochodzą ze strony producenta www.artgeist.pl.

A wy na jakie rozwiązania dekoracyjne stawiacie u siebie?
Wolicie obrazy, tapety, a może naklejki?

środa, 12 września 2018

Nowości makijażowe od Revers Cosmetics

Nowości makijażowe od Revers Cosmetics
Hej kochani! Sprawdzanie nowości kosmetycznych od Revers Cosmetics ciąg dalszy. Na początku września opowiadałam Wam o lakierach Revers Solar Gel Top Coat i Solar Gel efekt lakieru hybrydowego Water Melon 04. Kto nie pamięta i chciałby sobie przypomnieć zapraszam TU.

Dziś przychodzę do Was z recenzją nowinek typowo kosmetycznych. Podzielę się swoją opinią na temat kilku produktów, które towarzyszą nam podczas codziennego make-upu. 



Zacznijmy od podkładu. Jest to moim zdaniem absolutny niezbędnik w makijażu. Nie mam tu na myśli efektu tzw. tapety, tylko delikatne wyrównanie koloru naszej twarzy. Producent oferuje nam trzy serie do wyboru: Ideal Lift, Ideal Matt i Ideal Cover. Jako że mam cerę mieszaną, ze skłonnością do przetłuszczania się, to mój wybór padł na opcje Matt.


Jeżeli chodzi o kolorystykę, to do wyboru mamy 4 odcienie oznaczone numerami od 13 (najjaśniejszy) do 16 (najciemniejszy). Jako że jestem typowym bladziochem powinnam była wybrać opcje najjaśniejszą, czyli nr. 13, ja jednak zdecydowałam się na nr.14. Dlaczego? A no dlatego, że po lecie jednak mam twarz delikatnie opaloną i najjaśniejszy odcień mógłby być za jasny. 


W sumie odcień mógłby być odrobinkę jaśniejszy, ale to szczegół. Na teraz pasuje. Sama buteleczka jest szklana o pojemności 30 ml. Posiada dozownik w kolorze czarnym i nakrętkę w kolorze złotym. Wygląd estetyczny uważam za klasykę, którą jak najbardziej akceptuje. Niestety pokrywka nie trzyma się dość mocno buteleczki i może nam "latać" jeżeli zdecydujemy się wziąć podkład powiedzmy w podróż. Jeżeli chodzi o konsystencje, to jest ona odpowiednia jak na podkład, ale dla mnie za bardzo zbita i ciężka, mogłaby być lżejsza. Musimy sprytnie nakładać go na twarz, gdyż zastyga i mogą powstać plamy, jeżeli będziemy się ociągać.


Producent obiecuje nam długotrwały efekt matu, aż do 16 godzin. Po raz pierwszy użyłam go idąc na cały dzień do pracy. Taki dzień pracujący trwa u mnie ok. 11 godzin. Do tego należy doliczyć dojazd w obydwie strony trwający ok. godziny. Zatem nałożyłam podkład ok g. 8:30 rano i zmywałam ok. g. 22:30 wieczorem. Powiem Wam, że byłam bardzo zdziwiona, iż gdy po raz pierwszy miałam produkt na twarzy rzeczywiście efekt matu był wow. Co to znaczy? A no to, że moja twarz nie wymagała przypudrowania i nie świeciła się jak ozdoba choinkowa. Nie wiem od czego to zależy, ale gdy po raz drugi użyłam podkładu to po ok. 8 godzinach moja twarz wymagała delikatnego przypudrowania. Dla mnie taka trwałość jest super mimo wszystko,  zwłaszcza, że moja cera naprawdę jest wymagająca i kapryśna. Tu została "ujarzmiona".


Jest to nic innego jak rozświetlacz. Nie jestem guru makijażu i mówiąc szczerze nie znam się zbyt dobrze na konturowaniu i rozświetleniu twarzy. Tym bardziej byłam ciekawa tego produktu, no bo przecież przydałoby się w końcu czegoś nauczyć i poszerzyć horyzonty swojej wiedzy.


Do wyboru mamy 4 rodzaje rozświetlaczy:

1 - UNICORN
2 - ETERNAL
3 - CHAMPAGNE
4 - HARMONY


Mój wybór padł na nr. 2 - ETERNAL. Produkt zamknięty jest w plastikowym opakowaniu przypominającym standardowe opakowanie sprasowanego pudru. Czarny dół, produkt, a następnie przeźroczysta góra, ukazująca zawartość opakowania bez konieczności otwierania go by móc zobaczyć, co jest w środku. Na wierzchu napis STROBE & GLOW  w wydaniu holo. Podoba mi się.  Niestety tu też nalazłam jeden minus, który dla niektórych z  Was może okazać się plusem. Otworzenie pudełka nie jest łatwe. Potrzebujemy do tego dwóch rąk, jedną się nie da.


Producent pomyślał o laikach makijażu (takich jak ja :) )  i umieścił z tyłu opakowania obrazek ukazujący miejsca, które należy rozświetlać podczas wykonywania make-upu. Rozświetlenia potrzebuje nasze czoło, kości policzkowe, grzbiet nosa, miejsce nad górną wargą, a także broda. Ja używam go także delikatnie przy łuku brwiowym i czasami jako cienie. Ale tak jak już Wam pisałam - ekspertem nie jestem. 



Pigmentacje możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Na opuszkach palców jest produkt, który znalazł się tam po delikatnym, podkreślam - delikatnym dotknięciu produktu. Jednym słowem - sztos. Na skórze pozostawia przepięknie mieniący się efekt, który przypomina mi opalizujące złoto.



Na zdjęciu ciężko jest uchwycić ten przecudny efekt tafli, który produkt pozostawia na skórze. Musicie mi uwierzyć na słowo, że jest naprawdę cudowny! Utrzymuje się spokojnie kilka godzin, o ile nie dotykamy co chwilę naszej twarzy, co powoduje jego ścieranie. Zauważyłam jeden minus tego produktu. Otóż sam rozświetlacz jest za mało sprasowany (zbity). Co to znaczy? A no to, że podczas najmniejszego ruchu produkt się kruszy. Czyli np. jeżeli położymy pudełko pionowo w kosmetyczce, to istnieje prawdopodobieństwo, ze przy najbliższym użytkowaniu brzegi rozświetlacza będą pokruszone.



Samo określenie "Lakier do ust" nie za bardzo do mnie przemawiało.  No bo "lakier" kojarzy mi się z z produktami do włosów, no i oczywiście paznokci. Z drugiej strony wiem, że używa się różnych chwytów marketingowych by dany produkt mogliśmy zapamiętać jako coś niezwykłego, lub coś, co niekoniecznie nam pasuje do tego konkretnego produktu. Tak jest i w tym przypadku.


Do wyboru mamy 12 odcieni. Są to maty, które podkreślą nasze usta zaczynając od delikatnych nadziaków (takich jak np. 06 i 17) po krwistą czerwień i róż ( odpowiednio nr. 15 i nr. 13). O ile uwielbiam odcienie nudzakowe i raczej nie wyróżniające się, to tym razem zdecydowałam się wyjść poza strefę mojego komfortu i postawiłam na nr. 10.


Jest to odcień różu. Bardzo nasyconego malinowego różu, czego chyba za bardzo nie widać na swatchu. Kolor na żywo prezentuje się przepięknie. Samo opakowanie jest raczej klasyczne. Przeźroczysty dół i czarna góra. Aplikator jest ścięty, więc gwarantuje nam łatwość i precyzyjność aplikacji. A co z tym matem  na ustach? No powiem wam, że szczerze jestem zachwycona. Po aplikacji musimy odczekać jakieś 5 minut do całkowitego zastygnięcia kolorku. Po tym czasie uzyskujemy przepiękne matowe wykończenie. Ja czuje, jakby moje usta były delikatnie przypudrowane i to akurat bardzo mi się podoba. Produkt zastyga i nie pozostawia żadnych śladów, a na ustach utrzymuje się dobrych kilka godzin. Nawet jak piłam czy jadłam to ścieranie było naprawdę minimalne. Bardzo mile zaskoczona byłam tym lakierem i z chęcią wypróbuje inne odzienie. Przede wszystkim mojego ulubionego nudziaka.


Nadszedł czas na podsumowanie. Kosmetyki Revers Cosmetics bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Pomimo dość niskiej ceny wcale nie odbiegają od droższych marek swoją jakością, ani wyglądem wizualnym. Od poprzednich testów sporo się zmieniło i jakość decydowanie się poprawiła na plus. Bez wątpienia moimi faworytami zostają rozświetlacz i lakier do ust. Polecam Wam wypróbować!

A poniżej przedstawiam Wam mój makijaż wykonany zrecenzowanymi kosmetykami. Uprzedzam, że światło kłamie i nie zobaczycie w 100% np. cudownego rozświetlacza na kościach policzkowych, którego nie potrafiłam uchwycić. 


A Wy kochani znacie nowości od Revers Cosmetics?
Co o nich sądzicie?



czwartek, 6 września 2018

Silcatil - piękno u Twoich stóp!

Silcatil - piękno u Twoich stóp!
Witajcie kochani ;)

Parę dni temu ukazał się post o dbaniu o nasze rączki i manicure, kto nie czytał odsyłam do kliknięcia TU. Ręce są naszą wizytówką. Zazwyczaj są na widoku i chcąc nie chcąc zwracamy uwagę na ich kondycje. 

A co ze stopami? Czy stopy też są naszą "wizytówką" i trzeba o nie dbać nie mniej niż o ręce? Odpowiedź na to pytanie jest oczywiście twierdząca, bo przecież naszym nóżkom i stopom zawdzięczamy m.in. piesze wycieczki, jazdy na rowerze, wspinanie się po górach. Nie sięgając aż tak daleko, po prostu zawdzięczamy im nasze codzienne funkcjonowanie.

Ponad 4 tygodnie temu miałam okazje poznać produkty marki, z którą poprzednio nie miałam żadnej styczności, ale często widziałam w tv reklamę ich produktów. Mowa oczywiście o Silcatil.


Silcatil, marka kosmetyków, 
których działanie obejmuje szczególnie wymagający obszar ciała - stopy.

W moim domu znalazły się  dwa produkty, które chętnie przetestowałam i mogę już podzielić się z Wami moją opinią.


Na co dzień pracuje w handlu i jest to raczej praca w trybie stojącym. Najczęściej są to zmiany trwające 7 godzin, ale często zdarza się też tak, że na nogach jestem ponad 11 godzin. Tu liczę tylko czas, który spędzam pełniąc moje służbowe obowiązki. A przecież w domu samo się nie sprząta, zakupy nie lądują jakimś dziwnym cudem w lodówce, a obiad sam się nie gotuje?!? Prawda? Dlatego też o ile czas mi pozwala staram się o moje stopy dbać. Uwielbiam kąpiele w soli. Po tak długich zmianach taka kąpiel potrafi zdjąć całe zmęczenie, ale niestety nic poza tym. Mimo zmiękczenia skóry ta czynność bez wspomagania nie jest w stanie załatwić nam pięknego wyglądu naszych stóp. Tu potrzebne są środki specjalistyczne, jakie tworzy dla nas Silcatil.


Pierwszym produktem, który Wam opisze jest coś, czego od dawna byłam bardzo ciekawa. Internety aż huczały od pozytywnych recenzji i filmików na ich temat. Przedstawiam Wam hit ostatnich czasów - skarpetki złuszczające


Na czym polega ich fenomen? Otóż producent obiecuje nam:
  • skuteczne usunięcie zrogowaciałego naskórka
  • redukcje wszelkich odcisków i zgrubień
  • zmiękczenie i nawilżenie skóry stóp
Nie każdego z nas stać na zabieg pedicure w salonie kosmetycznym. Efekt, jak po wizycie u kosmetyczki, możemy osiągnąć używając skarpetek złuszczających od Silcatil. Użytkowanie ich jest bardzo proste. Otwieramy opakowanie, przecinamy wzdłuż linii, wkładamy stopy w skarpetki. Staramy się przy tym nie wylać płyn, który się w nich znajduje. Za pomocą rzepa samoprzylepnego dopasowujemy skarpety do naszych stóp. Dla lepszego efektu wkładamy dodatkowo ciepłe skarpety, bądź przykrywamy je kołdrą. Spędzamy tak ok. 2 godzin, po czym pozbywamy się skarpet i nadmiar płynu wmasowujemy w stopy.



Jak to ma zadziałać? Otóż po zabiegu efekty mogą być widoczne po upływie od 5 do 10 dni. Wszystko zależy od tego, w jakiej kondycji była skóra naszych stóp przed zabiegiem. Skarpetki zawierają roślinne kwasy o działaniu keratolicznym, czyli mówiąc inaczej rozpuszczającym warstwę zrogowaciałego naskórka. Salicylowy, glikolowy i mlekowy kwas działa na skórę zmiękczająco, a następnie usuwa wszelkie zrogowacenia i zgrubienia naskórka poprzez jego usuwanie. Płyn posiada w swoim składzie powszechnie znany mocznik, który dodatkowo nawilża naszą skórę stóp pozostawiając ją miękką i gładką.

Moje stopy są przesuszone, zwłaszcza latem, gdy nosze sandały i japonki. Słońce i wiatr nie działają na nią zbyt pozytywnie w wyniku czego jest ona miejscami biała, a na piętach powszechne są zgrubienia i zrogowacenia. Własnie na pozbyciu się tego nieprzyjemnego dla oczu widoku mi zależało. 

Z wykonaniem zabiegu musiałam trochę poczekać, gdyż wiedziałam o łuszczeniu się skóry, która ma być następstwem pozbycia się naskórka i chciałam uniknąć nieprzyjemnego widoku podczas noszenia otwartych butów. Nastąpiło chwilowe ochłodzenie, więc w kolejne niedzielne popołudnie w końcu wypróbowałam skarpetki złuszczające. Poświęciłam na to ponad 2 godziny, gdyż usiadłam z książką. Było mi ciepło w nóżki i wygodnie, nic nie szczypało ani nie piekło, więc swobodnie mogłam się zrelaksować. Po ściągnięciu skarpetek pozostały płyn wmasowałam w stopy i chwilę poczekałam, aż się całkowicie wchłonie. Na efekt musiałam poczekać ok. 4 dni. Na piąty skóra zaczęła mi się łuszczyć. Miejscami, gdzie zrogowaciały naskórek był dość gruby, czyli na piętach, skóra schodziła nieco większymi płatami. Z każdym kolejnym dniem łuszczenie powoli ustawało. Gdy skóra całkowicie zrzuciła wszelkie odciski i zgrubienia nie mogłam się napatrzeć na moje stopy. Jakby przeszły całkowitą odnowę. Skóra zrobiła się gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Przesuszone miejsca się nawilżyły dzięki mocznikowi, a po zrogowaceniach nie zostało ani śladu. Efektem końcowym jestem zachwycona i zamierzam powtórzyć go za jakiś czas, gdyż naprawdę warto. Koszt takich skarpet to ok.13-20 zł/opak. w zależności czy produkt jest obecnie na promocji, czy też nie.


Drugim produktem jest krem na odciski. Co obiecuje nam producent?
  • skuteczne usunięcie odcisków i modzeli
  • ochrona przed powstawaniem nowych zmian
  • precyzyjna aplikacja
Chyba każdy z nas miał "przyjemność: poczuć pieczenie odciska i obtarcia spowodowanego chociażby ubraniem nowych butów. Nie jest to nic miłego, czuć, że skóra nas piecze, robi się pęcherz, a dane miejsce jest tak wrażliwe, że lepiej jest go w ogóle nie dotykać. Ja ten horror przeżywam za każdym razem, gdy ubieram nowe buty. Posiadam też w swojej kolekcji szpilki, które kocham, lecz niestety za każdym razem (dosłownie za każdym), gdy je ubieram, kończy się to pęcherzem lub mocnym otarciem.



Krem na odciski w swoim składzie posiada te same kwasy roślinne, co skarpetki. Działanie jest podobne, zmiękczenie, a następnie usuwanie zrogowaciałych odcisków. Dodatek oleju ze słodkich migdałów  pielęgnuje skórę po usunięciu zmiany, dodatkowo nawilżając i niwelując efekt podrażnienia.


Krem otrzymujemy w tubce o pojemności 10 ml. Konsystencja produktu jest kremowa o białym zabarwieniu. Zapach jest raczej neutralny, może trochę przypomina zapach lekarskich maści.  Dzięku precyzyjnemu aplikatorowi ze ściętą końcówką możemy aplikować pożądaną ilość kremu na odcisk. Używałam ten produkt wedle zaleceń producenta. Wmasowywałam w miejsca, gdzie miałam odciski i zrogowacenia po pęcherzach. Starałam się robić to regularnie, czyli przynajmniej 2 razy dziennie. Jeżeli zapominałam o aplikacji porannej, to czynność wykonywałam wieczorem, po kąpieli. Krem łatwo się rozprowadza, a na całkowite wchłonięcie musimy poczekać parę minut.


Po kilku dniach stosowania kremu zauważyłam, że miejsca aplikacji, czyli skóra po odciskach zrobiła się miękka i za pomocą pumeksu i peelingu udało mi się jej pozbyć na dobre. Skóra zrobiła się miękka i po naroślach lub zgrubieniach nie pozostało żadnego śladu. Stosowałam z ciekawości ten krem też w miejscach, gdzie odciski najczęściej powstają, jako zabezpieczenie, by uelastycznić skórę przed powstawaniem nowych pęcherzy. Wyciągnęłam z szafki ulubione szpilki, o których Wam wspominałam wyżej i nie uwierzycie co się stało. Po raz pierwszy od bardzo bardzo dawna nie miałam żadnego pęcherza. Skóra w niektórych miejscach lekko się zaczerwieniła, ale nie postał żaden bąbel, a ja przetańczyłam całą imprezę. Krem na odciski możecie zakupić już za ok. 16 zł./opak.

Produktami Silcatil jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Dzięki skarpetkom złuszczającym wykonałam w domowym zaciszu zabieg na stopy w cenie ok. 20 zł., a efekt,  który uzyskałam bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W salonie kosmetycznym tego typu zabieg to koszt ponad 60 zł, więc można sporo zaoszczędzić dzięki Silcatil. Co do kremu na odciski, to jest to absolutny must have każdej apteczki i kobiecej torebki na wyjazdach i przed imprezą, na której będziemy w szpilkach. Przetańczymy całą noc bez bolesnych pęcherzy i dzięki temu może będziemy sięgać po ulubione szpilki częściej.

A Wy jak dbacie o swoje stopy?
Znacie produkty Silcatil?

#stopy #domowespa #Silcatil





niedziela, 2 września 2018

Czy zrezygnowałam z hybrydy na rzecz lakierów od Revers Cosmetics?

Czy zrezygnowałam z hybrydy na rzecz lakierów od Revers Cosmetics?
Hej kochani! Jakiś czas temu dzieliłam się z Wami moją opinią na temat kosmetyków firmy Revers Cosmetics. Jest to polska kolorówka, a obecnie już nie tylko kolorówka, gdyż firma bardzo prężnie się rozwija. Cenowo jest to marka bardzo tania. Poprzednim razem sprawdzałam dla Was jakość cieni smoky eye, korektora do brwi Eye Brow 02 Dark Brow, matowej pomadki w płynie Vivat Mat i sypkiego pudru Silk Touch 03. Tych z was, którzy nie czytali, bądz chcieliby sobie przypomnieć recenzje tych produktów odsyłam TUTAJ.

Minął rok i firma wypuściła na rynek mnóstwo nowinek. Do testów otrzymałam kilka z nich i dzisiaj, a także w najbliższym czasie poznacie co miałam okazje testować. 

Jak wiecie z mojego instagrama, kto jeszcze mnie nie obserwuje to serdecznie zapraszam na profil marusitestowaniepazurki robię sobie sama w zaciszu domowym. Jak wiadomo dłonie są naszą wizytówką. Powinniśmy o nie szczególnie dbać, gdyż są one na widoku i pierwszą rzeczą, którą robimy z kimś się witając to podajemy mu dłoń, nieprawdaż? 

Warto pamiętać by dbać o skórę rąk stosując kremy i peelingi, ale także należy pamiętać o  naszych paznokciach. Na manicure hybrydowy zdecydowałam się jakieś 1,5 roku temu i nie żałuję. Pracuje w handlu, więc codziennie mam styczność z klientami. Moje dłonie jak i mój manicure musi być nieskazitelny. Zwykły lakier odpryskiwał zazwyczaj po ok. 2 dniach, a tak często malować pazurki czasu nie miałam. Hybrydę zmieniam średnio co 4 tygodnie, więc domyślacie się jaka to jest dla mnie oszczędność czasu.

O ile na rękach mam hybrydę to na stopach mogę eksperymentować ze zwykłymi lakierami. Dlatego też ucieszyłam się, gdy w moje rączki trafiły nowości od Revers Solar Gel Top Coat i lakier do paznokci Solar Gel efekt lakieru hybrydowego Water Melon 04.


Buteleczki są klasyczne w czarnym kolorze i naklejkami z informacją o danym produkcie. Pojemność to 12 ml, więc dość spora. Producent obiecuje nam manicure utrzymujący się ok. 10 dni bez żadnych poprawek. Kusząca ta obietnica i to bardzo. ale czy ma racje bytu dowiecie się za chwilę.


Lakier do paznokci Solar Gel 04 Water Melon jest w odcieniu malinowego różu. Producent na chwilę obecną ofiaruje nam 4 kolory do wyboru. Produkt łączy w sobie właściwości lakieru hybrydowego, ale nie wymaga utwardzania w lampie UV/LED. Jak go używać? Na odpowiednio przygotowaną płytkę paznokcia aplikujemy cienka warstwę lakieru. Dla lepszego krycia ja nakładałam 2 cienkie warstwy.



Konsystencja lakieru jest nie za rzadka, ale także nie za gęsta. Pędzelek ma odpowiednią wielkość i  jest dobrze wyprofilowany, co pozwala na pomalowanie paznokci nie zalewając przy tym skórek.


Dla lepszego efektu błysku i przedłużenia trwałości producent stworzył Solar Gel Top Coat. Jest to przeźroczysty lakier, który tworzy warstwę ochronną naszego kolorku. Konsystencja jest dobra, a pędzelek jest taki sam jak w przypadku lakieru.


Zaleca się aplikację na paznokcie pomalowane kolorem po jego całkowitym wyschnięciu. W przeciwnym wypadku lakier może się zmarszczyć i nasz manicure już nie będzie wyglądał estetycznie. Tak jak w przypadku kolorku ja nakładałam 2 cienkie warstwy.

Cóż mogę Wam kochani powiedzieć. Co prawda nie zrezygnowałam z hybrydy na rękach, ale myślę, że gdy będę chciała od niej odpocząć to z pewnością lakiery od Revers Solar Gel efekt lakieru hybrydowego będą dobrym wyborem. Są rzeczywiście trwałe. Pomalowane pazurki u stóp były w nienaruszonym stanie przez co najmniej 10 dni. Teraz jest lato, więc chodzę w klapkach i paznokcie nie są narażeni na żadne otarcia jak przy obuwiu zamkniętym. Możliwe, że w przypadku paznokci u rąk ta trwałość może być nieco krótsza, gdyż rączkami robimy wszystko: sprzątamy, gotujemy i robimy masę innych rzeczy. Myślę jednak, że warto dać im szansę. Na pazurkach wyglądają jak lakiery hybrydowe. Kolor pięknie się błyszczy, a dzięki użyciu Solar Gel Top Coat jest trwalszy. Jedyne co mi przeszkadza to zapach. Obydwa produkty śmierdzą, jak to lakiery, ale da się przeżyć.

Poniżej prezentuje Wam jak kolorek 04 Water Melon od Revers wygląda na moich stopach. Przypominam są to 2 cienkie warstwy kolorku i 2 warstwy topu.


Ja jestem z tych lakierów zadowolona. A Wy używacie jeszcze zwykłych lakierów, czy jesteście zwolenniczkami manicure hybrydowego?


niedziela, 26 sierpnia 2018

LANCOME TEINT IDOLE ULTRA WEAR. Testowanie z Wizaz.pl

LANCOME TEINT IDOLE ULTRA WEAR. Testowanie z Wizaz.pl
Po ciężkim tygodniu w pracy postanowiłam napisać dla Was kolejny post kosmetyczny. Wspominałam już kilka razy na blogu o tym, że często zaglądam na różne portale testerskie, na których ukazują się przydatne porady, artykuły, recenzje, a także informacje o nowinkach kosmetycznych pojawiających się na rynku. Posiadanie konta pozwala mi brać udział w testach nowinek, o ile oczywiście szczęśliwy traf padnie na mnie i zostanę do tych testów wybrana. Tak się stało ostatnio, gdy na Wizaz.pl pojawiła się ankieta na temat testu podkładu od Lancome. 

Kilka razy udało mi się dostać do testów na tej stronie. Dzięki temu, że należę do Klubu Recenzentki informacje o nowych kampaniach dostaje jako pierwsza. Tak się stało i tym razem. Zostałam zaproszona do wypełnienia ankiety i udzielenia odpowiedzi na pytanie. Rekrutacja się zakończyła, a ja zostałam powiadomiona o tym, że udało mi się dostać do testów. 



Po kilku dniach dostałam paczuszkę a jej zawartość prezentuje Wam na poniższych zdjęciach.



Ogólnie nie bardzo przepadam za próbkami. Uważam, że nie są one w stanie pokazać nam działanie produktu. U mnie tego typu "produkty" zazwyczaj leżą i się kurzą. No ale jeżeli głębiej się zastanowić, to przecież próbka to jest doskonała okazja do sprawdzenia kompletnie nowego produktu. Oczywiście, w przypadku kremu nie jestem w stanie na 10% sprawdzić jego działanie, ale jeżeli chodzi o podkład wiele o nim mogę się dowiedzieć. Dlatego też bardzo chętnie przystąpiłam do testów marki z którą jeszcze nie miałam styczności.

W paczce miałam znaleźć próbkę pokładu LANCOME TEINT IDOLE ULTRA WEAR o poj. 10 ml. Wedle informacji, którą zawierał harmonogram testów próbka ta kosztuje ok. 65 zł brutto, czyli całkiem sporo jak na taką pojemność. Jakie było moje zdziwienie, gdy oprócz wybranego przeze mnie podkładu o numerze 011, dostałam także próbkę innego odcienia o nr.03.

LANCOME TEINT IDOLE ULTRA WEAR
011 BEIGE CRISTALLIN




Jak wspomniałam wcześniej podkład otrzymałam w próbce mierzącej 10 ml. Jest to miniaturka, którą w sumie można byłoby zabrać ze sobą na wyjazd bez konieczności pakowania pełnowymiarowego opakowania. Jest to nr. 011 Beige Cristallin. Dość ciężko jest dobrać odcień patrząc na obrazek na monitorze, ale mi w miarę się udało. Dlaczego w miarę? A no dlatego, że jestem dość blada z natury, a ten odcień jest do takiej cery idealny. Tyle że po okresie letnim moja cera jest nieco ciemniejsza, opalona i podkład na obecną chwilę jest za jasny. Na okres późnej jesieni i zimowy myślę, że będzie w sam raz. 


Próbka jest w kształcie buteleczki. Aplikujemy go szpatułką. W pełnowymiarowych opakowaniach nie przepadam za pipetami, szpatułkami i ty podobnym. Zdecydowanie przy podkładach wolę atomizer. Przy próbce szpatułka jest w sam raz. Podkład ma w miarę rzadką konsystencję, nanosi się ją bezproblemowo. Przepięknie się stapia ze skórą, nie pozostawia smug, ani plam, wyrównuje koloryt. Producent obiecuje nam dobre krycie i trwałość aż do 24 godzin. Efekt matu bez pudrowej maski. Dodatkowo posiada filtr SPF15.



Powyżej przedstawiam Wam jak TEINT IDOLE ULTRA WEAR  wygląda na skórze. Drugie zdjęcie nie rozjaśniałam specjalnie, byście mogli zobaczyć jak wtapia się w skórę przy normalnym świetle. Na mojej mieszanej cerze ze skłonnością do przetłuszczania się wytrzymał prawie cały dzień bez świecenia się, czyli obietnica producenta spełniona. Trochę przeszkadza mi delikatna woń alkoholu , którą da się wyczuć bezpośrednio po otwarciu opakowania. Na szczęście podkład nie zostawia tego zapachu na skórze. Jedyne, co da się wyczuć pod dotykiem to delikatną  i aksamitną skórę. To uczucie jest świetne! Polecam! Specjalnie wyszukałam dla Was jak wygląda pełnowymiarowe opakowanie i przedstawiam je poniżej (zdjęcie pochodzi ze strony Wizaz.pl)


Wygląda klasycznie i elegancko, nie sądzicie? Koszt opakowania 30 ml. wynosi od 119 zł i sięga 200 zł. Podejrzewam, że niższa cena jest ceną promocyjną (wartą zakupu ;D). Ale powiem Wam, że jak za taką jakość podkład wart jest zakupu nawet w cenie normalnej.

Co do TEINT IDOLE ULTRA WEAR o nr. 03 BEIGE DIAPHANE  to próbka, którą otrzymałam  dodatkowo ma pojemność 5 ml. 



Jest to odcień zdecydowanie ciemniejszy niż nr.11 i z kolei jest da mnie za ciemny, mimo to, że jestem opalona. Ideałem byłby kolorek mieszczący się pomiędzy tymi dwoma numerami. Swatche BEIGE DIAPHANE pokazuje na zdjęciach poniżej.



Podkład LANCOME TEINT IDOLE ULTRA WEAR dostępny jest dostępny stacjonarnie m.in. w drogeriach takich jak Sephora, Hebe, a także można go zamówić przez internet. Cena jest dość wysoka, ale jakość jest tego warta. 

Może mieliście już styczność z marką Lancome?  Znacie TEINT IDOLE ULTRA WEAR? Jak się u Was sprawdził?


#klubrecenzentki #mojekwc
Copyright © 2014 . , Blogger