niedziela, 17 czerwca 2018

Testowanie pełną parą - Dosłownie!! Czyli Parownica do ubrań Philips Steam&Go w akcji!!!

Testowanie pełną parą - Dosłownie!! Czyli Parownica do ubrań Philips Steam&Go w akcji!!!
Witajcie kochani!!!

Dzisiaj przychodzę do Was z postem sprzętowo-gadżetowym. Otóż głównym bohaterem będzie cudeńko, które miałam okazję poznać. Jestem Panią domu, może i nie zawsze idealną, ale staram się takową być. W dzisiejszych czasach bardzo lubimy ułatwiać sobie codzienne czynności, na które niekiedy kompletnie nie mamy ochoty. Jednej z takich czynności będzie poświęcony dzisiejszy wpis.

Kojarzycie sytuację, gdy macie dzień wolny. Wysypiacie się, po przebudzeniu fundujecie sobie przepyszne śniadanie. Czas cudownie płynie i gdy zaczynacie nabierać ochoty na popołudniową kawę z ulubioną książką w ręku - nagle Waszym oczom ukazuje się sterta....prasowania oczywiście (a Wy o czym pomyśleliście? ).

Sobotnie popołudnie. Od rana szykujecie się do wyjścia. Gdzie? A no na imprezę. Tokowe zazwyczaj odbywają się w weekend, gdy większość ma upragnione wolne. Może to być wesele, urodziny, bal. W każdym bądź razie jest to idealna okazja, by wreszcie się umalować, uczesać i ubrać najładniejszy ciuch, jaki macie w szafie. Jak to bywa w takich sytuacjach na wiele rzeczy i czynności wcześniej czasu zabrakło, więc nadrabiacie w ostatniej chwili. 10 minut przed wyjściem, gdy już myślicie że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik, wyciągacie ulubioną sukienkę bądź koszulę z szafy i ukazuje się Wam...co? A no kompletnie pogniecione ubranie.

Wreszcie wyprowadzacie się na swoje. Z dala od rodziców i teściów. Sami sobie królowie i władcy. Macie lenia, a od obowiązków domowych zdecydowanie wolicie leżing na kanapie przed telewizorem? No i wtedy niektóre obowiązki i domowe czynności lądują na ostatniej pozycji rzeczy do zrobienia. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie rozlega się dzwonek telefonu. Po drugiej stronie słuchawki słyszycie przesłodki głos teściowej, która informuje was, że właśnie ma wolną chwilę i zmierza w kierunku waszego lokum w odwiedziny. - Będę za 20 minut - informuje. No i co teraz???? W panice miotacie się po mieszkaniu próbując ukryć w 10 minut wszystko to, czego się nie ogarnęło w przeciągu ostatniego tygodnia. Partnerowi zlecacie zrobienie kawy i nakrycie do stołu, by teściowa miała przy czym usiąść. Z innego pokoju przypominacie mężczyźnie Waszego życia o  nakryciu stołu  obrusem (bo bez tego się narazicie na krytykę osoby starej daty z pewnymi przyzwyczajeniami). Wreszcie w miarę ogarnięte. Pędzicie do kuchni sprawdzić, czy chłop się wyrobił z powierzonymi mu zadaniami.  Waszym oczom ukazuje się piękny stół zastawiony ślubnym zestawem kawowym  (oczywiście od mamusi). I niby piękniej być nie może, a jednak. W oczy się rzuca pognieciony obrus, który aż błaga o wyprasowanie.

Czy któraś z powyższych sytuacji jest Wam znana? Wydaje mi się, że każdy z nas chociaż raz w życiu z takową się spotkał. Dziś opowiem Wam o urządzeniu, które z łatwością uratuje Was w każdej z tych opisanych powyżej sytuacji i nie tylko.


Brak czasu odczuwa się coraz mocniej gdy świat pędzi w szaleńczym tempie. Próbujemy nadążyć za wszystkim i połączyć  karierę, rodzinę i obowiązki domowe. Dzięki technologiom XXI wieku wiele czynności mamy ułatwione. Mam na myśli chociażby pranie, gotowanie, sprzątanie.

Pranie zajmuje kilka minut, bo przecież jest to kwestia tylko segregacji i włączenia pralki na odpowiedni tryb. Gotować uwielbiam i mogłabym siedzieć w kuchni nieustannie. Sprzątanie, hm, czasochłonne, ale konieczny rezultat jest zawsze pozytywny i aż miło oko zawiesić na ogarniętej przestrzeni. Najmniej lubianą czynnością, jak się już pewnie domyśliliście, jest dla mnie prasowanie.

Jest to czynność dość czasochłonna. O ile prasowanie ręczników, pościeli, zwykłych t-shirtów może sprawiać przyjemność, gdyż zbytnio nie ma się tam przy czym męczyć. To np. prasowanie eleganckich koszul, sukienek i bluzek z falbankami, płaszczy jest nie lada wyzwaniem. Samo prasowanie wymaga także odpowiednich przygotowań. Musimy mieć deskę do prasowania. Najlepiej jak jest porządna z możliwością regulacji, bo tylko wtedy nie będziemy musieli się zginać jak "paragraf". No i główny bohater - żelazko bądź generator pary (ten ostatni robi się coraz popularniejszy). Jeżeli chcemy, by nasze pranie było nieskazitelne musimy dokładnie zapoznać się z instrukcją obsługi i umieć się z naszym żelazkiem "dogadywać". Gdyż tylko odpowiednio ustawiona temperatura i wyrzutnia pary, przyprawiona naszymi dokładnymi i wprawnymi ruchami, poskutkuje pięknie wyprasowanymi ubraniami, niczym z obrazków kolorowych czasopism.

Chciałabym przedstawić Wam urządzenie, dzięki któremu możemy na chwilę zapomnieć o rozkładaniu deski do prasowania i machaniu żelazkiem. Wydaje mi się, że poniekąd jest ono nam w stanie standardowe żelazko  zastąpić. Mowa o parownicy do ubrań Philips Steam&Go.



Czym jest parownica do ubrań?

Jest to urządzenie, dzięki któremu możemy w bardzo szybki i łatwy sposób pozbyć się zagnieceń z naszych ubrań. Służy nie tylko do prasowania, ale także do odświeżenia tkanin. Funkcjonuje na zasadzie gorącej pary, która potrafi dotrzeć nawet do najbardziej trudno dostępnych miejsc.



Jak używać parownicy?

Urządzenie jest gotowe do użytku już po kilkunastu sekundach od podłączenia pod prąd. Kabel jest dość długi, więc nie krępuje naszych ruchów. Steamer posiada pojemnik na wodę, który trzeba napełnić przed włączeniem urządzenia. Posiada dodatkową nakładkę do ubrań wykonanych z grubszych materiałów.





Dodatkowe plusy użytkowania steamera?
  • Jest bezpieczny do wszystkich rodzai tkanin. Z łatwością poradzi sobie z materiałami grubszymi takimi jak jeans, a także z bardzo cienkimi, np. w koszulach typu "mgiełka".
  • Nie tylko radzi sobie z zagnieceniami, ale także dzięki gorącej parze z łatwością pomoże nam pozbyć się niechcianych drobnoustrojów m.in. z zabawek, czy poduszek.
  • Nie wymaga użycia deski do prasowania. Z łatwością odświeżymy koszulę czy sukienkę na wieszaku, a obrus bezpośrednio na stole.
  • Możliwość prasowania w pionie i poziomie.




Urządzenie jest w dostępne w dwóch wariantach. Pierwszy to ręczny (taki właśnie mam ja) i stojący. Dla fanów estetyki również jest wybór, gdyż steamer ręczny jest dostępny aż w sześciu kolorach. 

Dlaczego zdecydowałam się właśnie na wersję ręczną? Otóż jak wiecie z poprzednich postów nie jesteśmy z chłopakiem jeszcze na swoim. Z tego powodu nie mamy nadmiaru wolnego miejsca, które mogłabym zagospodarować powiedzmy dla postawienia takiego stojaka z parownicą. Dlatego też taka wersja ręczna jest dla mnie idealna. Urządzenie zajmuje mało miejsca. Z łatwością można je przenieść z pokoju do pokoju, czy zabrać ze sobą w podróż. Waży około kilograma, więc ani zbytnio nie zajmie miejsca w podróżnej walizce, ani też  jej nie obciąży.


Genialne dla mnie jest to, że nie muszę już rozkładać deski do prasowania. Zazwyczaj gdzieś się spieszę i na szybko potrzebuje doprowadzić swoje ubrania do stanu używalności. Parownica do ubrań Philips Steam&Go jest do takich zadań idealna. Nie muszę się martwić miejscem, w którym mam prasować, ani temperaturą odpowiednio dostosowaną do  konkretnego rodzaju tkanin. Po prostu napełniam pojemnik wodą, podłączam urządzenie pod prąd i po kilkunastu sekundach śmiało prasuje. Wystarczą 2 minuty (oczywiście wszystko jest zależne od rodzaju ubrania, tkaniny i stopnia zagniecenia), a moje ubrania są odświeżone i wyprasowane. I chociaż przy dłuższym stosowaniu przydałby się jakiś stojak mniejszych rozmiarów, bądź oparcie dla parownicy, by mogła wystygnąć. A pełen pojemnik wystarcza na wyprasowanie jednej rzeczy. To i tak, jak dla mnie, Philips Steam&Go jest genialny!!!!!!

#ParownicaPhilips #SteamerPhilips #zparąwręku

poniedziałek, 21 maja 2018

Sattva Ziołowa Odżywka do włosów Mango. Moje pierwsze spotkanie z ajurwedyjskimi kosmetykami z Indii.

Sattva Ziołowa Odżywka do włosów Mango. Moje pierwsze spotkanie z ajurwedyjskimi kosmetykami z Indii.
Hej kochani. Dziś przychodzę do Was z kolejnym kosmetycznym postem. Tym razem zrecenzuje odżywkę do włosów marki Sattva, którą miałam okazję testować w ciągu ostatniego miesiąca.

Mam długie i dość cienkie włosy. Ci, którzy widzą je po raz pierwszy zawsze zazdroszczą mi tego, że są długie i proste. Niestety wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda dobrze niekoniecznie musi takie być. Owszem, mam długie włosy, ale są one bardzo cienkie. Nigdy nie używałam prostownicy, a z natury mam je proste jak deska. Od zawsze marzyłam o kręconych włosach (ale tak to już chyba jest, że dostajemy od matki natury coś zupełnie odwrotnego od tego, czego  chcemy). Może niektórzy uznają tę cechę za wielki plus, ale uwierzcie, że aż tak fajnie też nie jest. 

Są dni o i okazję, gdy chcę moje włosy trochę podkręcić i ułożyć. Wtedy często sięgam np. po wałki na włosy, bądź lokówkę by nadać im trochę objętości. Niestety co bym nie robiła, po kilku chwilach mam znów proste włosy i ani śladu po lokach, a żaden lakier nie jest w stanie je poskromić. 

Poza tym moje włosy bardzo szybko się przetłuszczają. Jeżeli umyje je z rana, to wieczorem już nie wyglądają na zbyt świeże. Szybko się plączą i nie każdy kosmetyk daje sobie z nimi radę. Dlatego też ciągle poszukuje czegoś, co odpowiednio zadba o moje włosy.

W poszukiwaniu nowości trafiłam na stronę sattva.pl. Jest to producent kosmetyków naturalnych.  Nie znajdziemy w nich SLS, SLES, Peg i parabenów. Producenci coraz częściej stawiają na naturalny skład w swoich wyrobach, dlatego też w tym przypadku uważam to za spory plus.

Firmę cechuje połączenie 5000 letniej tradycji i rytuałów ajurwedyjskich w połączeniu z nowoczesną wiedzą. Kosmetyki produkowane są w Indiach i są to produkty do pielęgnacji ciała, włosów, twarzy, a także ręcznie robione kadzidełka. 

Miałam okazje wypróbować Sattva Odżywkę do włosów mango.  


Odżywkę otrzymujemy w opakowaniu 210 ml. Przeźroczysta tuba pozwala na kontrolowanie zużycia produktu, co jest sporym plusem. Szata graficzna jest stonowana. Etykieta w kolorze kremowym z najważniejszymi informacjami: nazwą producenta, nazwą produktu w dwóch językach, oraz obrazkiem mango, który jest głównym bohaterem naszej maski.


Maska przychodzi do nas zafoliowana, więc nie ma możliwości by produkt się rozlał, lub uszkodził w transporcie. Buteleczka posiada zamknięcie na klik w kolorze złotym. Niestety jest dość delikatne i trzeba uważać. Po zdjęciu folii ochronnej otworzyłam buteleczkę po raz pierwszy i jeden zawias, na którym trzyma się górna część zamknięcia ułamała się. Widać to na zdjęciu poniżej.



Nie przeszkadza to oczywiście w użytkowaniu, ale trzeba uważać, by nie urwać drugi zawias. To taki mały minusik, na który trzeba uważać. Odżywka jest w kolorze białym i w świetle słonecznym ma taki perłowy odbłysk (przynajmniej mi się tak wydaje). Na zdjęciu tego oczywiście nie udało mi się wychwycić, więc będziecie musieli uwierzyć mi na słowo. Konsystencja jest gęsta, ale nie ma problemu z jej wydobyciem z butelki. Dobrze się rozprowadza.


Ogromnym plusem jest zapach. Pachnie przepięknie. Przypomina świeże, dojrzałe mango. Słodkie, ale nie do przesady. Po użyciu zapach ten utrzymuje się na włosach jeszcze przez dłuższą chwilę, więc uwielbiam się nim rozkoszować. 


Jak już wspominałam na początku posta produkty Sattva są kosmetykami naturalnymi. Odżywka oprócz mango zawiera także aloes i mleko z hibiskowca, które wspólnie tworzą duet nawilżający. Dlatego też nosi miano ziołowej.


Produkt nanoszę na włosy po umyciu ich szamponem i zostawiam na 4-5 minut. Nieraz poprzez cudny zapach trzymałam ją na głowie nawet dłużej. Po czym  dokładnie spłukuje. Odzywka jest przeznaczona do każdego rodzaju włosów. Ciekawostką jest także to, że produkt świetnie zmywa olejki. Ja nie olejuje moich włosów i jeszcze wciąż próbuję się przekonać do tego typu zabiegów, dlatego też nie powiem wam, czy jest to prawda.

Moje włosy po zastosowaniu odżywki są miękkie, lśniące i nie mam problemu z ich rozczesywaniem (a z tym bywa u mnie rożnie). Zauważyłam też, że już mi się nie elektryzują. Niestety efektu mniej przetłuszczających się włosów nie zauważyłam, a bardzo na to liczyłam, że w końcu znajdę kosmetyk, który mi pomoże pozbyć się tego problemu. Niemniej jestem z niej zadowolona. W cenie 30 zł otrzymujemy wydajny produkt, który się sprawdza. A zapach jest przecudny. To było moje pierwsze spotkanie z firmą Sattva i  raczej nie ostatnie. Chętnie sięgnę po inne ich produkty w przyszłości. 

Czy mieliście okazję wypróbować ajuwerdyjskie kosmetyki? Jakie macie o nich zdanie?

niedziela, 13 maja 2018

REGENERUM Regeneracyjne Serum do Twarzy. Recenzja.

REGENERUM Regeneracyjne Serum do Twarzy. Recenzja.
Witajcie kochani po dość długiej mojej nieobecności na blogu. W życiu każdego nadchodzi taki czas, gdy wszystko staje na głowie i się zmienia. Miesiąc kwiecień był właśnie takim miesiącem w moim życiu. To był okres zmian i trudnych wyborów, ale także czas tylko dla mnie.  Odpoczęłam, przemyślałam sobie kilka spraw i powracam do Was z nową energią i pomysłami.

Czas odpoczynku spędzałam mimo wszystko dość produktywnie, gdyż miałam okazję na spokojnie poznać kilka fajnych produktów. Posty na ich temat będą ukazywać się co jakiś czas i mam nadzieje, że dzięki nim poznacie kilka fajnych produktów.

Dziś przychodzę do Was z recenzją produktów marki Regenerum. Wiele dobrego o nich słyszałam, a także czytałam. Wiele blogerek chwali ich działanie i byłam bardzo ciekawa jak się sprawdzą u mnie. Otrzymałam paczuszkę, a w niej znalazłam dwa produkty.


Oba te produkty testuje już jakiś czas, więc już mam określone zdanie na ich temat. Postanowiłam także podzielić recenzje na dwa osobne posty. Serum do rzęs i brwi jeszcze testuje, gdyż wymaga to troszkę dłuższego czasu. Natomiast o serum do twarzy opowiem wam  już teraz.

Regenerum Regeneracyjne Serum do Twarzy


Intensywnie odbudowująca moc serum z peptydami matrykinowymi wzbogacona ekstraktem z nasion soi o właściwościach silnie wygładzających. Nawet do bardzo suchej skóry.

Byłam strasznie ciekawa tej regeneracyjnej mocy choć nie mam suchej skóry tylko wręcz mieszaną za skłonnością do przetłuszczania się. Pytanie główne brzmi: Czy ta moc regeneracji zadziała także na mnie?


Serum otrzymujemy w kartonowym opakowaniu po rozpakowaniu którego ukazuje nam się tubka, która mi przypomina opakowania kremów do rąk. Szata graficzna kartonu jak i tubki jest stonowana i raczej zalicza się do klasycznej. Przypomina nieco kosmetyki typowo apteczne. Białe tło, czarny napis - klasyka w czystej postaci. 


Tubka ma 50 ml. Zdjęcia robiłam po użytkowaniu serum przez około miesiąc, więc może wyglądać na nieco "szczupłą" (o zrobieniu zdjęć przed użytkowaniem zwyczajnie zapomniałam). Ale nie ma tego złego, gdyż widać, że produkt jest dość wydajny. Po tym czasie stwierdzam, że z pewnością starczy mi jeszcze na około 2-3 tygodnie.


Serum posiada pompkę, co uważam za bardziej higieniczne jeżeli chodzi o kremy do twarzy. Za to wielki plus. Co prawda nie bardzo na początku użytkowania umiałam się z nią dogadać, gdyż tubkę trzeba trzymać w odpowiedniej pozycji, aby produkt wydobyć bez problemu. Wszystko jest kwestią wprawy.


Serum jest odpowiedniej konsystencji. Nie za rzadki, ani nie za gęsty. Z lekkością się rozprowadza i bardzo szybko się wchłania nie zostawiając tłustego filmu. Producent zaleca stosować go na oczyszczoną skórę twarzy pomijając okolice oczu. Ja użytkowałam produkt wieczorem przed pójściem spać. Z rana zazwyczaj się śpieszę i  mogłabym mieć problem z regularnością stosowania. Wieczorem natomiast podczas oczyszczania twarzy mam chwilę dla siebie i właśnie wtedy korzystam z serum. Skóra po aplikacji staje się miękka i delikatna w dotyku. Jak gdyby zregenerowana. Serum ma działać także przeciwzmarszczkowo i posiada filtr  przeciwsłoneczny UVA/UVB (SPF15). Działania na zmarszczki nie zauważyłam, bo takowych jeszcze w sumie nie posiadam. Co do ochrony przeciwsłonecznej to się przydaje, gdyż aktualnie słoneczko nas bardzo rozpieszcza.


Jeżeli chodzi o skład serum to jest on następujący:

Aqua, Synthetic Wax, Coco-Caprylate, Glycerin, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylihexyl Triazone, Methyl Methacrylate Crosspolymer, Octocrylene, Homosalate, Cetearyl Olivate, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, sodium Polyacryloyldimethyl Taurate, Phenoxyethanol, Butylene Clycol, Sorbitan Palmitate, Hydrogenated Polydecene, ALuminum Starch Octenylsuccinate, Glycine Soja Seed Extract, Sorbitan Oleate, Carbomer, Polysorbate-20, Palmitoyl Oligopeptide, Palmitoyl Tetrapeptide-7, Alcohol, Onopordum Acanthium Rower/Leaf/Stem/Extract, Mica, Polymethyl Methacrylate, Trideceth-10, Tocopherol, Xanthan Gum, Ethythexylglycerin, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Parfum, CI77891.

Jak widać składników jest sporo. Mamy wodę, ale także np. alkohol, więc są plusy i minusy. 

Zawiera także:
  • Peptydy matrykinowe - przyśpieszają odnowę komórek skóry, ujędrniają oraz pobudzają produkcję kolagenu.
  • Ekstrakt z nasion soi - intensywnie nawilża, odżywia i wygładza skórę, oraz działa przeciwstarzeniowo. 
Regeneracyjne Serum do Twarzy, a także informację na temat innych produktów marki Regenerum można znaleźć  na stronie www.regenerum.pl.  Za opakowanie 50 ml. zapłacimy ok. 30 zł, więc cena nie jest wygórowana.

Nadszedł czas na moją opinię. Podoba mi się prosta szata graficzna i opakowanie z dozownikiem w formie pompki. Serum jest gęsty i treściwy, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Odżywia i regeneruje cerę sprawiając, że staje się ona niezwykle miękka i delikatna. W składzie na pierwszym miejscu jest woda, więc jest dobrze. Mimo to w dalszej części możemy znaleźć np. alkohol, ale nie jest on w dużym stężeniu, więc nie powinien wyrządzać krzywdy. Można tez znaleźć glicerynę, a także peptydy matrykinowe, ekstrakt z nasion soi i filtr UV 15. Na mnie te serum działa i skóra rzeczywiście wygląda na odżywioną i zregenerowaną.  Chętnie wypróbuję inne produkty Regenerum, gdyż zapowiadają się naprawdę dobrze.

Znacie markę Regenerum? Co szczególnie polecacie?

Start


piątek, 16 marca 2018

Uwiecznij najpiękniejsze chwile z Saal Digital!

Uwiecznij najpiękniejsze chwile z Saal Digital!
Hej kochani!

Ten post miał ujrzeć światło dzienne już jakiś czas temu, ale nie było ku temu okazji. Wreszcie znalazłam chwilkę by pokazać Wam coś, co stanowi piękną pamiątkę najlepszych momentów mojego życia.

W październiku do świętowania miałam aż 2 okazje. Jedna z nich to moje (już) 27 urodziny, a druga to (kiedy to zleciało?!?) 5 rocznica związku z moim chłopakiem. Ten czas zleciał bardzo szybko i nawet nie wiem kiedy szczerze mówiąc. Były wzloty i upadki, łzy szczęścia i rozpaczy, porażki i osiągnięcia. Nikt mnie nie przekona do tego, że w prawdziwym związku wszystko jest cukierkowo i idealnie. Bo nie jest, ale właśnie na tym polega życie!

Z tego pięcioletniego okresu mamy wiele wspomnień, ale więcej zdecydowanie jest tych pozytywnych. Wyjątkowych momentów, które na zawsze zostawiły ślad w naszej pamięci. Takie okazje lubimy uwieczniać na zdjęciach.


Pamiętam jak dobre kilka lat temu najbardziej popularnym sposobem na przechowywanie zdjęć były płyty CD. Do ich plusów należałoby zaliczyć dość sporą pojemność pamięciową, ale i klasyczny cienki design, który zajmuje naprawdę mało miejsca. Miałam swego czasu całą kolekcje takich płyt i to właśnie one były moją "przechowalnią" do zdjęć. Niestety po czasie traciły swoja wartość, gdyż niszczyły się, rysowały, a zawartość była nie do odtworzenia. Jeżeli nie miałam jej powiedzmy w komputerze, to mogłam się pożegnać ze wspomnieniami. 

Po nieudanej próbie z płytami, przerzuciłam się na przechowywanie moich zdjęć w pamięci komputera. Ale niestety i tym razem się rozczarowałam. Gdy już byłam pewna, że nic nie potrafi je zniszczyć padła mi karta graficzna i znów straciłam całą pamięć. Zawiodłam się po raz kolejny.

Po tylu nieudanych próbach pomyślałam, że niektóre zdjęcia, te które stanowią dla mnie największą wartość sentymentalną, będę drukować. Wspomnienia przelane na papier mają większe szanse na przetrwanie. Jestem osobą dość uczuciową, więc tych zdjęć mam sporo. Półki uginają się pod ciężarem albumów. 

Od jakiegoś czasu panuje moda na utrwalenie ważnych dla nas momentów na różne sposoby. Dzięki najnowocześniejszym technologiom możemy utrwalić nasze zdjęcia m.in. na płótnach, fotoobrazach, fotoksiążkach,  poduszkach, etui do telefonu, kubkach, magnesach. Postanowiłam i ja wypróbować, czy takie sposób na przechowywanie moich wspomnieć zda u mnie egzamin.

Któregoś dnia przeglądając aktualności na instagramie zauważyłam post Saal Digital w którym informowano o akcji poszukiwania testerów do fotoksiążki. Stwierdziłam, że będzie to świetna okazja by takową zamówić i sprawdzić "z czym to się je". Firma proponowała kod promocyjny obniżający wartość naszego zamówienia aż do -150 zł, więc szkoda byłoby nie skorzystać z takiej okazji. 

Opowiedziałam o akcji mojemu lubemu i postanowiliśmy się zgłosić do testów. Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi od firmy zdecydowaliśmy się zaprojektować i zamówić książkę, która będzie dla nas prezentem z okazji 5 rocznicy związku. Miała to być mała księga uwieczniająca najpiękniejsze momenty tych lat.


By móc stworzyć swoją fotoksiążkę weszliśmy na stronę www.saal-digital.pl . Producent ofiaruje nam mnóstwo możliwości uwiecznienia  zdjęć. 


My postanowiliśmy stworzyć fotoksiążkę, gdyż właśnie na nią obowiązywał rabat. Przed rozpoczęciem całego twórczego projektu najpierw musimy zainstalować na nasz komputer aplikacje Saal Digital Design, w której będziemy tworzyć naszą książkę. Instalacja jest bardzo prosta i raczej nikt nie powinien mieć z nią problemu. Wybieramy wśród kilku opcji co chcemy zaprojektować. A gdy już zdecydujemy się na konkretną z nich otwiera się okienko z kolejnymi możliwościami. Wybierając fotoksiążkę mamy kilka opcji do wyboru.


Jak widać obecnie możecie zamówić własną fotoksiążkę o wymiarze 21x28 w super cenie. (do 20 marca macie czas). My zdecydowaliśmy się na tą o wymiarze 28x19.


Postawiliśmy właśnie na ten rodzaj, bo uznaliśmy, że taki będzie nam najbardziej odpowiadał. Za samą książkę o takich wymiarach zapłacicie 175 zł . do tej kwoty należy doliczyć koszt wysyłki 20 zł. Podsumowując do zapłaty 195 zł, a po odliczeniu rabatu książka wyniosła nam tylko 45 zł. Więc była to naprawdę super okazja!


Nasza fotoksiążka ma 26 stron. Okładka jest błyszcząca bez watowania. Istnieje możliwość zamówienia książki z kodem kreskowym. Nam ta opcja nie była potrzebna, więc z niej zrezygnowaliśmy. Strony wewnętrzne są z grubszego papieru fotograficznego błyszczącego. Zarówno okładka jak i strony fotoksiążki są bardzo porządnie wykonane. Nie są cienkie, więc nie ma obawy, że szybko się wytrą, zgniotą, bądź się uszkodzą w jakiś inny sposób.

Wybieraliśmy zdjęcia z różnych okresów i okazji. Zależało nam na różnorodności, którą wydaje mi się udało osiągnąć. Do wyboru mamy także różnego rodzaju tła, które będą służyć jako obramowanie dla naszych zdjęć. My postanowiliśmy zaszaleć, więc użyliśmy ich sporo. Zarówno motywy kamienia, drewna jak i zieleni znalazły się na stronach naszej fotoksiażki. Różnorodne zdjęcia połączyliśmy także z tekstami piosenek, z którymi kojarzymy nasz związek. Nam się efekt końcowy bardzo podoba. Wszystkim pokazujemy naszą fotoksiażkę i jak dotąd chyba udało nam się nią "zarazić" wszystkich, którzy ją oglądali. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć, żeby także i Wy mieliście możliwość zajrzeć do jej środka:)







I jak Wam się podoba? Mielibyście ochotę stworzyć swoją własną fotoksiążkę? A może zbliża się jakaś szczególna okazja na którą potrzebujecie prezent? Może nim być właśnie fotoksiążka. Gwarantujemy świetną zabawę przy tworzeniu, a w efekcie końcowym przepiękną pamiątkę na całe życie!

My taką już posiadamy! A wy?


środa, 14 marca 2018

Kolorówka do makijażu w stylu karnawałowym od Delia Cosmetics

Kolorówka do makijażu w stylu karnawałowym od Delia Cosmetics
Hejka! 
Co tam u Was? Czujecie już wiosnę? Ja nie mogę się już doczekać prawdziwego ciepła i śpiewu ptaków. Wtedy człowiek budzi się do życia, jak i cała otaczająca nas natura. Uśmiech coraz częściej zaczyna gościć na naszej twarzy. Co tu dużo mówić - chce się żyć!

Wraz z pozytywnym nastawieniem wiosna przynosi nam kolory. Nie tylko te, które nas otaczają w naturze, lecz także te, które powoli wkradają się w nasze makijaże. Coraz bardziej zaczynamy podkreślać nasze oczy, by uwodzić hipnotyzującym spojrzeniem..

Dziś przychodzę do Was z wpisem o kolorówce z Delia Cosmetics, którą otrzymałam do testów jakiś czas temu. Seria została stworzona z myślą o karnawale, ale ja uważam, że kolory, które powstały równie dobrze sprawdzą się także wiosną, bądź też o każdej innej porze roku. 

By wpisem Was zbytnio nie zamęczyć przedstawię Wam krótki opis każdego z produktów wraz z moją opinią. Nie przedłużając zacznijmy.


Luxury Look Lumi&Healthy  Natural Radiance Hydrating Foundation




Zacznijmy od podkładu, który otrzymałam w dwóch wersjach kolorystycznych: 11 Ivory i 12 Nude Beige. Moja cera zalicza się raczej do bladych, więc najjaśniejszy z tej dwójki Ivory jest dla mnie kolorem odpowiednim. Podoba mi się, że w paczce znalazły się dwa odcienie, gdyż w tym przypadku jest większe prawdopodobieństwo, że trafimy na kolor odpowiedni dla nas. 



Podkład został umieszczony w szklanych przeźroczystych buteleczkach, co pozwala nam na bieżąco kontrolować zużycie produktu. Pojemność raczej standardowa 30 ml. Dozujemy za pomocą pompki, w moim przypadku ok. 2 pompek wystarcza na pokrycie całej twarzy. Podkład nadaje się do każdego rodzaju cery. Nie zawiera parabenów i oleju parafinowego. Nie zatyka porów. Nadaje cerze zdrowy wygląd i promienny blask, nawilża.

Jak wspominałam wyżej odzień Ivory u mnie się sprawdził najlepiej. Podkład ma odpowiednią konsystencje, która łatwo się rozprowadza nie zostawiając smug. Twarz po aplikacji ma jednolity kolor, jest odpowiednio nawilżona. Na co dzień borykam się z cera tłustą, więc dla mnie najważniejszą rzeczą jest efekt matu. W tym przypadku utrzymuje się on ok. 6 godzin, po tym czasie należy delikatnie poprawić nasz make up pudrem i nadal możemy się cieszyć pięknym wyglądem.

Matt Pressed Powder


Przechodzimy do utrwalenia naszego podkładu pudrem. Delia Cosmetics proponuje nam matowy puder prasowany. Jest on transparentny, więc nie musimy go dobierać do danego odcienia cery, gdyż idealnie sprawdzi się i u bladziochów i u osób z nieco ciemniejszą karnacją. 


Puder jest zamknięty w opakowaniu plastikowym w kolorze czarnym. Jest ono minimalistyczne i dobrze wykonane. Na początku miałam problem z jego otwarciem. Są tego plusy, gdyż mając go w torebce nie musimy się obawiać, że nam się otworzy. Posiada gąbeczkę, dzięki której w każdej chwili możemy poprawić swój makijaż. W środku mamy także lustereczko, które nam ten proces znacznie ułatwi. Ten puder świetnie się sprawdza do przypudrowania naszego makijażu w momencie, gdy cera zaczyna się lekko świecić.

Multicolor Blush


Róż do policzków wielokolorowy posiada aż trzy  odcienie za pomocą których możemy podkreślić nasz makijaż. Możemy używać wszystkich kolorów jednocześnie lub każdego z osobna. Nadkładamy pędzelkiem do różu bądź też paluszkami, gdy pędzelka nie mamy pod ręką.


Produkt delikatnie podkreśla nasze policzki, twarz zyskuje delikatnych rumieńców. Róż został zamknięty w okrągłym plastikowym opakowaniu. Górne wieczko jest przezroczyste, więc nie otwierając kosmetyku widzimy jaka kolorystyka jest w środku. Bez obaw możemy przenosić do w naszej torebce, gdyż z pewnością samoistnie się nie otworzy. 

Soft Eye Pencil


Przechodzimy do makijażu oczu. W paczce znalazła się miękka kredka do powiek. Ten rodzaju kolorówki króluję u mnie każdego dnia, gdyż mój codzienny makijaż oka zazwyczaj ogranicza się do podkreślenia dolnej części oka własnie kredką i tuszowania rzęs. 


Kredka jest w kolorze czarnym. Kolor jest ładny, intensywny, więc pięknie podkreśla oko. Jedyną rzeczą, która mi tu przeszkadza to to, że trzeba ją temperować. Jestem leniuchem i zdecydowanie wolę kredki tzw. wykręcane. Ale da się przez to przebrnąć.

3D Lashes  New Look mascara


Maskary byłam chyba najbardziej ciekawa z całej paczki. Spytacie się dlaczego? A też dlatego, że w moim przypadku nie musi być mega ekstra i w ogóle, bo swoje rzęsy mam dość ładne. W miarę gęste i ciemne, stosunkowo długie. Więc maskara mi służy zazwyczaj do delikatnego podkreślenia moich rzęs. Oczywiście nie mówię, że nie lubię gdy tusz bardzo pogrubia, czy dodatkowo mega wydłuża. Taki efekt oczywiście jest bardzo mile widziany. W mojej kolorówce jest tusz, którego używam już od kilku lat i niezmiennie jest on moim numerem jeden. Niemniej byłam bardzo ciekawa jak się sprawdzi ten od Delia Cosmetics. 


Tusz jest w kolorze czarnym, czyli klasyka. Opakowanie raczej tez należy do klasycznych, gdyż ma czarną szatę graficzną na której są złote napisy. Producent obiecuje nam efekt 3D, którego niestety jakoś szczególnie nie zauważyłam. Podkreśla rzęsy, nieco pogrubia. Dla mnie 3D kojarzy się co najmniej z efektem "sztucznych rzęs", a takowego nie osiągnęłam.


Posiada szczoteczkę silikonową z krótkimi włoskami, co pozwala nie pominąć żadne rzęsy podczas malowania. Końcówka jest dość elastyczna, więc możemy bez problemów sięgnąć do najkrótszych rzęs w kącikach oka. Ilość tuszu na szczoteczce jest także odpowiednia.

Eyeshadow


Do testów otrzymałam 4 cienie: nr. 8 matt niebieski, nr. 10 pearl jasny błękit, nr. 17 pearl grafit oraz nr. 18 matt czerń. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się jakiejś rewelacji po nich, ale po testach jestem pozytywnie zaskoczona.


Pigmentacja jest super już po pierwszym dotknięciu co widać na zdjęciu wyżej. Kolorki posiadają mieniące się drobinki co pozwala na stworzenie mieniącego się looku. Do makijażu dziennego najbardziej proponowałabym użyć tych jasnych cieni, natomiast na wyjścia wieczorem z pewnością możemy użyć grafitowo-czarnej głębi.


Jeżeli chodzi o trwałość to proponuje użyć bazy pod cienie. Ja mam swoja ulubioną, dzięki której każdy cień bezproblemowo trzyma się na powiece cały dzień bez rolowania się. Ci, co maja problem z tzw. tłusta powieką wiedzą, co mam na myśli. Ja mam ten problem, więc bez odpowiedniej bazy cienie nie trzymają się na moim oku zbyt długo. Z bazą natomiast mogę się cieszyć nieskazitelnym makijażem oka przez cały dzień. Tak jest i w przypadku tych cieni. Łatwo się je nakłada i blęduję, za co duży plus.

Matt Liquid Lipstick Long Lasting


Jest to pomadka płynna w formie błyszczyka. Aplikator jest ścięty, co pozwala na bezproblemowe i  precyzyjne pomalowanie ust. Kolor 106 jest nieco miedziany. Precyzyjnie jest ciężki do opisania, gdyż jest unikalny. 


Kolor należy do metalików, których prawie nie mam w swojej kosmetyczce, gdyż uważam te odcienie za dość specyficzne. Jak już wspominałam na co dzień wolę lżejsze makijaże, więc nieco za bardzo ostre kolory na ustach niespecjalnie mi się przy takim makijażu widzą. Na wyjścia przy mocniej podkreślonych oczach sprawdza się w 100%. Niestety zauważyłam, że dość mocno wysusza moje usta. Starałam się aplikować ją na uprzednio pomalowane balsamem usta, wtedy zmniejsza się ten efekt wysuszający. Jeżeli chodzi o trwałość, to bez poprawek utrzymuje się na ustach ok 3-4 godzin. Podczas jedzenia i picia może być potrzeba częstszego poprawiania naszych ust.

Coral Galaxy Nail Enamel 602


W mojej paczce znalazł się także lakier do paznokci. Kolor to metaliczny odcień grafitowy o numerze 602. Lubię takie kolory na paznokciach, więc bardzo mi się spodobał. Od jakiegoś czasu na pazurkach mam hybrydę i zwykłe lakiery czekają w najdalszym kącie, aż hybrydy mi się znudzą. 



Pędzelek jest dobrze wyprofilowanym, więc malowanie nie powinno stwarzać kłopotów. Kolor nasycony i 1 warstwa z pewnością pokryje paznokieć bez prześwitów. Ja zawsze nakładam 2 warstwy dla lepszego efektu. Nie wypróbowałam go na moich rękach, bo jak już pisałam mam hybrydę, ale na nogach owszem. Pazurki tam narażone są na mniej czynników zewnętrznych, więc trzymały się ok. 5 dni. Na paznokciach u rąk ten czas byłby zdecydowanie krótszy, bo przecież pranie, gotowanie i sprzątanie samo się nie zrobi, prawda?

Podsumowując, Delia Cosmetics po raz kolejny mnie zaskoczyła. Kolorówka jest dobrej jakości i  z pewnością każda z nas znajdzie w niej coś dla siebie. 

Nie pokaże Wam zdjęcia w makijażu nią wykonaną w tym poście, tylko niedługo podzielę się z Wami zdjęciem na moim instagramie. Kto mnie nie obserwuje serdecznie zapraszam TUTAJ.


Copyright © 2014 . , Blogger