piątek, 21 grudnia 2018

Bądź wyrafinowana i słodka dzięki Miss Giordani Intense od Oriflame

Bądź wyrafinowana i słodka dzięki Miss Giordani Intense od Oriflame
Niektóre marki kosmetyczne istnieją na rynku od lat. Jedną z takich dość znanych i  lubianych firm jest Oriflame. Pamiętam te czasy, gdy byłam jeszcze nastolatką i miałam możliwość poznać firmę bliżej - przez chwilę byłam nawet konsultantką. Wtedy produkty w katalogach były w rosyjskiej walucie, a możliwość zamówienia kosmetyków niemalże luksusem. 

W XXI wieku, ani marki z zagranicy, ani możliwość zamówienia z katalogu bądź przez internet nie jest niczym niezwykłym. Z Oriflame jak już wspomniałam znam się od lat. Jednak przez ostatni dość długi okres czasu żaden produkt tej marki nie pojawił się w mojej kosmetyczce. Jakoś najzwyczajniej w świecie nie było okazji. Postanowiłam to zmienić, gdyż to, co miałam okazje poznać kiedyś bardzo dobrze się u mnie sprawdziło.


Po przejrzeniu aktualnego katalogu zdecydowałam się przypomnieć sobie zapachy od Oriflame. Mój wybór padł na Miss Giordani Intense. Jest to nowość wydana w tym roku. Dlaczego właśnie ten zapach wybrałam? 


Po pierwsze, jest to siostrzany zapach już znanego mi Miss Giordani. A po drugie bardzo lubię eksperymentować z aromatami. Niekiedy decyduje się na zakup chociażby tylko popatrząc na zdjęcie produktu. Jednego razu przyciąga mnie szata graficzna, innego intrygujący opis zapachu. Który punkt przeważył tym razem? Jeżeli mam być szczera to nie wiem. Po prostu stwierdziłam, że muszę go mieć. Gdyby jednak ktoś z Was miał problem z podjęciem decyzji to z pomocą służy Pani Agnieszka z klubu konsultantek, która doradzi i pomoże dokonać właściwego wyboru.


Perfum otrzymujemy w kartonowym pudełku utrzymanym w kolorze czerni. Wytłoczone kwiaty w odcieniach fioletu, nazwa "Intense", a także złote obramowanie przyciągają wzrok. Pojemność produktu to 50 ml, czyli raczej standardowa, jeżeli chodzi o wody toaletowe. Buteleczka jest szklana, a jej forma jest skręcona. Delikatnie fioletowy płyn, zużycie którego z łatwością możemy kontrolować, pięknie współgra ze złotym korkiem. Grawer nadaje mu szyku i elegancji. Dzięki tym wszystkim dopracowanym detalom buteleczka pięknie się prezentuje na toaletce. 


Przejdźmy zatem do zapachu. Należy on do kategorii perfum kwiatowo-owocowyh. Uwielbiam obydwie te sfery aromatów, więc możecie się już domyślić jaka jest moja opinia na temat tego zapachu. 

Nuty głowy: brzoskwinia, nuty zielone i pomarańcza
Nuty serca: gardenia i neroli
Nuty bazy: piżmo, orchidea waniliowa i białe drzewa. 


Na samym początku zetknięcia się ze skórą może się wydawać, iż zapach jest zbyt ciężki i wręcz duszący. Po chwili jednak przeistacza się on w przepiękny, wyrazisty i zarazem delikatny kwiatowy aromat. Przede wszystkim wyczuwam tu woń gardenii i orchidei, które otoczone są delikatną słodką nutą brzoskwini i pomarańczy. Ten zapach to raj dla moich zmysłów. Utrzymuje się na skórze kilka godzin, na ubraniach ten czas się wydłuża. 

Ta woda toaletowa ma wyrafinowany zapach. Powinna przypaść do gustu zarówno młodym dziewczynom jak i kobietom w starszym wieku. Świetnie sprawdzi się na co dzień, pozbudzi nasze zmysły i natchnie nas do działania. Energetyczny słodki zastrzyk, który zdecydowanie podniesie nas na duchu w te szare i deszczowe zimowe dni.

Ja się już rozglądam za kolejnym zapachem od Oriflame, a Wy? Macie może swoje ulubione perfumy tej marki?

niedziela, 16 grudnia 2018

BOTANICA Fitokrem na dzień Myszopłoch & Różaniec górski +40 od Faberlic. Recenzja.

BOTANICA Fitokrem na dzień Myszopłoch & Różaniec górski  +40 od Faberlic. Recenzja.
Hej kochani!
Nie do wiary, że za tydzień usiądziemy przy świątecznym stole i spędzimy czas w rodzinnym gronie. U mnie w pracy obecnie jest najgorętszy okres, gdyż właśnie zaczął się "szał zakupowy" i dlatego też na nic nie mam czasu. Znalazłam jednak chwilkę, by zrecenzować Wam produkt, który otrzymałam ok. 2 tygodni temu. 

Jakiś czas temu zgłosiłam się do testów kosmetyków firmy Faberlic i udało mi się dostać do grona szczęśliwej 30-stki. Poszukiwania przeprowadzała jedna z blogerek. Po wylosowaniu sponsor wysyłał losowe produkty do testów. Tym oto sposobem otrzymałam Fitokrem na dzień Myszopłoch & Różaniec górski +40 od Faberlic.


Nie bez powodu napisałam Wam w jaki sposób się odbywało to rozdanie (testowanie), gdyż jak już wspomniałam, produkt otrzymałam losowo. I o ile się bardzo ucieszyłam na początku, że znalazłam się w gronie testerek, o tyle tak szybko mój entuzjazm zgasł, gdy już produkt do mnie dotarł. Wszystko za sprawą tego, że nie jest on dla mojej grupy wiekowej. Nastolatką już nie jestem, ale Panią 40+ też (na szczęście) jeszcze nie. Dlatego też mi pozostała ocena produktu pod względem wizualnym, a zawartość poddała testom moja znajoma, która zalicza się do tej grupy wiekowej.


Zacznę jednak od recenzji kosmetyku od zewnątrz. Produkt otrzymujemy w tubce o białym kolorze i zielonych dodatkach. Od razu w oczy rzuca się (jak się udało mi dowiedzieć) nazwa serii, do której dany kosmetyk należy. W tym przypadku jest to Botanica. Nazwa ta skojarzyła mi się z naturą i ziołami.


W serii botanika znaleźć możemy kilka linii. Ten krem zalicza się do "Odbudowy i jędrności" i zawiera w sobie ekstrakty z  myszopłochu, który poprawia mikrokrążenie i różańca górskiego słynnego z właściwości odmładzających. Połączenie tych dwóch składników ma stymulować proces odnowy komórek, zmniejszać zmarszczki, wygładzać i napinać skórę. Jest to wersja kremu na dzień. Producent zaleca niewielką ilość kremu aplikować na oczyszczoną skórę twarzy.


Pojemność tubki to 50 ml. Krem został wyprodukowany w Rosji, dlatego też szata graficzna jest w j.rosyjskim. Z tyłu opakowania mamy naklejoną informację w j. polskim: sposób użycia, okres przydatności i  informacje o producencie.


Jak już wspominałam Wam wyżej krem testowała moja znajoma. Jest ona w wieku 40+ i to własnej dla tej kategorii wiekowej został stworzony dany produkt. Krem ma biały kolor i średnio gęstą konsystencję. Jest dość treściwy, co czuć podczas wsmarowywania w skórę. Jeżeli chodzi o zapach, to wyczuwalne są zioła. Tak jakby wąchało się krzew z ziołem leczniczym. Podsumowując - specyficzny i niekoniecznie każdemu może przypaść do gustu. Krem łatwo się nakłada i rozprowadza. Dość szybko się wchłania nie zostawiając po sobie tłustego filmu. Co zauważyła moja koleżanka po ok. 2 tygodniach stosowania? Skóra stała się tak jakby bardziej miękka w dotyku. Jednocześnie zyskała jędrność i dodatkowe nawilżenie. O właściwościach odmładzających na razie trudno cokolwiek powiedzieć, gdyż tego typu efekty są zauważalne po pierwsze - po dłuższej kuracji, a po drugie z pewnością potrzeba większej dawki produktu niż 50 ml. tubka. Ogólnie ocenia kosmetyk na plus i być może do niego powróci po skończeniu obecnego opakowania. 

Razem z produktem otrzymałam także obecny katalog Faberlic. Kiedyś dość często zamawiałam sobie z tej firmy kosmetyki. Mimo tego, iż krem, który otrzymałam nie mogłam testować osobiście, fajnie było powrócić do dawnych czasów i zapoznać się z nowościami, które firma z upływem czasu wypuściła  na rynek kosmetyczny. Z chęcią coś sobie zamówię, gdy już powykańczam dość spore zapasy kosmetyczne.
Macie jakichś ulubieńców z Faberlic?
Być może jesteście w stanie mi coś polecić?

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Pomysł na nowoczesną aranżację wnętrza - betonowe płyty architektoniczne i panele 3D.

Pomysł na nowoczesną aranżację wnętrza -  betonowe płyty architektoniczne i panele 3D.
Hej kochani!  Obiecałam  rozszerzenie  tematów poruszanych na blogu i tej obietnicy  dotrzymuje.  Dzisiejszy wpis nie będzie recenzją  kosmetyczną, ani  książkową.  Będzie coś,  czego u mnie jeszcze nie było.  Planuje jednak tego typu posty częściej i mam nadzieje,  że  dla wielu z Was będą  one inspiracją.

Jak już kiedyś wspominałam na chwilę obecną  z moim partnerem mieszkamy  z jego mamą (moją przyszłą teściową). Do naszej dyspozycji jest jeden pokój, który jednocześnie służy nam jako sypialnia i pokój dzienny. W przyszłości, mam nadzieje, że  już niedalekiej,  chcielibyśmy pójść na swoje. Jest to pozycja numer jeden na naszej liście marzeń. Od dawna mamy wizje na to, jak  będzie wyglądało nasze gniazdko. Z zaciekawieniem  obserwujemy zmiany w trendach panujących w designach i stylach wnętrzarskich. Oczywiście chcielibyśmy, aby pomieszczenia były utrzymane w panujących trendach, ale także by były przede wszystkim odzwierciedleniem naszego gustu.

Współczesność obfituje  wieloma  propozycjami  designu wnętrz  i naprawdę jest z czego wybierać.  Od lat ozdabiamy ściany  na różne sposoby: tapety,  dywany,  farby. Wielu z Was z pewnością kojarzy te elementy designu związanego z przepychem i kolorami. Obecnie zdecydowanie zaczyna dominować minimalizm i nowoczesność. Stawiamy na cegłę, marmur i beton. Ten ostatni stanowi najbardziej nieoczywistą i dla nie najbardziej odkrywczą alternatywę dla farb i tapet na ścianach. Do wyboru mamy betonowe płyty architektoniczne, a najciekawszą opcją są panele 3D. Jest to naturalny materiał bardzo wysokiej jakości, który pozwoli nam w prosty sposób odnowić i odmienić nasze wnętrze. Dzięki umiejętnemu użyciu trójwymiarowego materiału możemy optycznie powiększyć pomieszczenie, a jednocześnie nadać mu charakteru. Panele betonowe sprawdzą się zarówno w sypialni, jak i salonie. Jeżeli chcemy nadać fajnego charakteru mieszkaniu czy domu to użycie go w przedpokoju także będzie fajnym pomysłem. Nawet kuchnia będzie wyglądać stylowo. Nie musimy od razu używać betonu na wszystkich ścianach. Możemy zaakcentować tą, która naszym zdaniem jest najbardziej charakterystyczna, bądź użyć jednego panelu do dekoracji. Co ciekawe, możemy je też malować. A wiec nawet po latach będziemy w stanie odświeżyć i zmienić nasze wnętrze bez konieczności demontażu.

Propozycje do sypialni




Propozycje do salonu



(propozycje ze zdjęć pochodzą ze strony: www.vhct.pl)

Powyżej przedstawiłam Wam kilka inspiracji wnętrz do aranżacji których zostały użyte panele 3D, które chętnie w przyszłości użyje w moim własnym mieszkaniu. Na chwilę obecną oczami wyobraźni widzę je za łóżkiem w sypialni, a także w  salonie. Na co konkretnie się zdecyduje i w gdzie, czas pokaże. 

Co sądzicie o takim designie? Wolicie nowoczesne wnętrza, czy raczej tradycyjne?

niedziela, 2 grudnia 2018

Matujący podkład Fix Mat All in One od Revers, czyli matt & cover & fixes w jednym.

Matujący podkład Fix Mat All in One od Revers, czyli matt & cover & fixes w jednym.
Witajcie! Miałam opublikować tą recenzje kilka dni temu, ale niestety zabrakło mi czasu na jej dopracowanie. Dlatego też kochani witam Was już  w grudniu. Aż trudno uwierzyć, że ten czas tak szybko leci i mamy już ostatni miesiąc roku. Już za chwilę wpadniemy w wir świątecznych przygotowań i prezentów, a także w szampański nastrój nocy sylwestrowej. Trochę się rozpędziłam ale wiem, że czasu niestety nie da się zatrzymać.


Każdego dnia, nie tylko od święta, staram się dbać o siebie i dobrze wyglądać. Ubieram to, co lubię, bo wtedy czuje się najwygodniej i  najlepiej. Jeżeli chodzi o mój makijaż to już wspominałam o tym na blogu. Na co dzień preferuje delikatny i raczej niczym szczególnie nie wyróżniający się make up. Nie lubię efektu maski i sztuczności, która moim zdaniem jest bardzo propagowana w dzisiejszych czasach wśród młodych dziewczyn. 


Podstawą każdego makijażu jest podkład. To własnie ten kosmetyk pozwala nam wyrównać kolor naszej cery, zakryć ewentualne niedoskonałości i przygotować podstawę do dalszych działań makijażowych. Bohaterem dzisiejszej recenzji będzie Fix Mat All in One od ReversCosmetics.  


Jakiś czas temu już miałam okazje poznać podkład tej firmy  pisałam Wam o nim TU. Był to podkład matujący, ponieważ mam cerę mieszaną i problematyczną (chociaż teraz już tych niespodzianek skórnych mam mniej niż kiedyś), która ma tendencje do nadmiernego przetłuszczania się. Własnie dlatego wybierając dla siebie podkład zazwyczaj zwracam uwagę na  właściwości kryjące i matujące. Nie zdziwi Was zatem fakt, iż i tym razem zdecydowałam się na podkład matujący. 


Fix Mat All in One otrzymujemy w tubce o pojemności 30 ml. Opakowanie jest bardzo praktyczne i bezproblemowo można wydobyć z niego kosmetyk. Szata graficzna składa się z części czarnej i przeźroczystej, dzięki tej drugiej połówce możemy zobaczyć kolor naszego podkładu bez konieczności otwierania kosmetyku. Napisy są dość przejrzyste i mówią nam, iż mamy do czynienie z produktem all in one. Mówiąc prościej ma kilka właściwości: matt (matującą) & cover (kryjącą) & fixes (utrwalającą).


Mój odcień to najjaśniejszy z 4 możliwych do wyboru, czyli 30 Natural Beige. Jeżeli nie jesteście bladziochami jak ja to możecie wybrać z trójki pozostałych kolorów. Jeżeli natomiast uważacie, że żaden nie jest w stanie sprostać waszym oczekiwaniom to proponuje zakupić dwa. Jeden ciut ciemniejszy, a drugi ciut za jasny dla Waszej karnacji. Poprzez połączenie obydwu prawdopodobni uda się uzyskać kolor niemalże idealnie do Was pasujący. Swatche ze strony producenta przedstawiam Wam poniżej. 

Wybrany przeze mnie odcień jest najjaśniejszy i pasuje do mojej cery idealnie. Konsystencja podkładu jest dość ciężka i treściwa. Warto umiejętnie posługiwać się gąbeczką, czy pędzelkiem, by móc równomiernie go rozprowadzić (dość szybko zastyga). Pomimo swojej ciężkości po nałożeniu na skórę stapia się z nią, zakrywa niedoskonałości i przebarwienia. Nie zauważyłam by wchodził w załamania skóry, więc nie uwydatnia naszych zmarszczek. Krycie można stopniować, jeżeli chcemy uzyskać naprawdę opcje pełnego wyrównania i niwelowania niedoskonałości. 


Powiem Wam, że naprawdę polubiłam się z tym podkładem. Przede wszystkim oczekuje wyrównania koloru twarzy, zakrycia drobnych niedoskonałości i trwałości, czyli matu na dłuższy czas. Mogę powiedzieć szczerze, że wszystkie wymienione punkty dany produkt spełnia. Makijaż robię zazwyczaj rano przed wyjściem na miasto, bądź do pracy. Uzyskuje aksamitną cerę, bez przebarwień i co najważniejsze efektu maski. Efekt matowej cery spokojnie utrzymuj się przez kilka godzin. Gdy w strefie "T" zaczynam się nieco świecić (a zdarza się to co najmniej po kilku godzinach od aplikacji podkładu), to wystarcza mi delikatne przypudrowanie twarzy i  makijaż nadal wygląda tak, jakby został dopiero co nałożony. Produkt mnie nie zapycha, nie warzy się na twarzy i dobrze się sprawuje zarówno nakładany jako kosmetyk samodzielny jak i na bazę (chociaż jego nazwa wskazuje, że ma nam zastąpić jej użycie). Jest wydajny i chętnie po skończeniu opakowania do niego powrócę. 
Od czasu do czasu zaglądam na stronę producenta ReversCosmetics i cieszy moje oko ogrom nowych produktów pojawiających się w ich asortymencie. Mam jeszcze w zanadrzu 2 recenzje nowości makijażowych od tego producenta, które pojawią się na blogu za niedługo, więc wyczekujcie.

W komentarzach podzielcie się ze mną wrażeniami na temat danego podkładu. Może miałyście i możecie wyrazić własne zdanie na jego temat?
Czym się kierujecie przy wyborze podkładu?







środa, 21 listopada 2018

Lakier do ust SHOW GLOW. A ty, lubisz błysk na ustach?

Lakier do ust SHOW GLOW. A ty, lubisz błysk na ustach?

Marka ReversCosmetics gości u mnie na blogu nie po raz pierwszy. Dlaczego? A no dlatego, że jest to firma produkująca kosmetyki dość dobrej jakości za które nie musimy wydawać milionów. 


Uwielbiam się malować. Na co dzień preferuje makijaż dość lekki, który delikatnie podkreśli moją urodę i ukryje ewentualne niedoskonałości. Na większe wyjścia podkręcam mój makijaż mocnym okiem i wyrazistymi ustami. A skoro już mowa o ustach to właśnie o nich będzie dzisiejszy post. Mam Wam do przedstawienia produkt, o którym już pisałam. Mowa tu o lakierze do ust. O wersji matowej tego produktu pisałam TUTAJ. Dziś chciałabym zrecenzować wersję  błyszczącą. Przedstawiam Wam zatem lakier do ust SHOW GLOW.


O ile w codziennym makijażu nie  zachwycam wyrazistym okiem, to od dłuższego czasu zdecydowanie stawiam na mocniejsze usta. Kiedyś nie lubiłam wyrazistych, ciemnych kolorów. Stawiałam raczej na ledwo widoczne nudziaki, a niekiedy wystarczał mi tylko bezbarwny błyszczyk, czy pomadka ochronna. Zmiany i odwaga w kwestii mocniejszego makijażu , w tym ust, przyszły chyba z tzw. wiekiem. Po prostu musiałam do tego dorosnąć, by nauczyć się doceniać swój wygląd i nabyć umiejętność świadomego podkreślania moich atutów. 

Jeżeli chodzi o opakowanie to jest to przezroczysty plastik z nakrętką w kolorze złota. Napisy przedstawiające serie i producenta utrzymane są w kolorze korka. Jak dla mnie to raczej standardowe opakowanie niczym nie wyróżniające się na obecnym rynku kosmetycznym. Niemniej jest ładne. Aplikator jest skośny i dość precyzyjny. Dzięki niemu nie tylko nadamy naszym ustom kontur, lecz także je bezproblemowo napełnimy kolorem.

Tym razem zdecydowałam się na dwa warianty kolorów, by móc je ze sobą porównać. Pierwszy to nr. 22 Noble Copper. W tym wypadku odezwała się we mnie dawna "Ja", która lubiła nudziaki i lekkie brązy. W tym wydaniu jednak mamy do czynienia z efektem GLOW na ustach.


Kremowa formuła lakieru jest dobrze napigmentowana, więc do osiągnięcia wielowymiarowego błysku wystarczy jedna warstwa. Sam kolor przypomina mi metaliczny brąz z tysiącem połyskujących drobinek.

Kolejna propozycja to nietypowa odmiana różu połączonego z odrobiną malinowej czerwieni, czyli nr. 21 Rich Coral. Kolor jest przepiękny i bardzo mi się podoba. Nadaje ustom metaliczny blask ładnie je eksponując.


Pod względem wizualnym lakiery do ust są identyczne o czym wspominałam wyżej Wyjątek stanowi oczywiście numer danego koloru na buteleczce. Aplikacja jest przyjemna dzięki dobrze wyprofilowanemu aplikatorowi. A jedna warstwa w zupełności wystarczy aby nadać ustom pięknego koloru i błysku. Spokojnie utrzymuje się na ustach przez kilka godzin pod warunkiem, że nie jemy i nie pijemy. Natomiast gdy już to robimy równomiernie się ściera. Noszę go w torebce by w razie potrzeby nanieść poprawki.

Jeżeli chodzi o mój ulubiony kolor z tego duetu to zdecydowanie stawiam na nr. 21 Rich Coral. Ten przepiękny odcień mnie do siebie przekonał i "noszę" go na moich ustach niemal codziennie. By przybliżyć Wam te kolory przedstawiam wam ich swatche poniżej. W całej okazałości będziecie mogli zobaczyć makijaż nowościami od Reverscosmetics już niedługo, gdyż do zrecenzowania mam jeszcze podkład i paletkę cieni. Pomyślałam, że pokaże Wam całość po ukazaniu się wszystkich recenzji kolorówki na blogu na moim Instagramie. Zachęcam więc do odwiedzenia mojego profilu @marusitestowanie już teraz, wystarczy kliknąć TUTAJ.


Po raz kolejny zachwycam się kolorówką od Reversosmetics, a Wy?

#reverscosmetics #showglow #noblecopper #richcoral

piątek, 9 listopada 2018

Perfumowana mgiełka do ciała BODY MIST SECRET LOVE od REVERSCOSMETICS. Recenzja.

Perfumowana mgiełka do ciała BODY MIST SECRET LOVE od REVERSCOSMETICS. Recenzja.



Witajcie kochani!

 Październik jest moim ulubionym jesiennym miesiącem. Spytacie się dlaczego? A no chociażby dlatego, że dokładnie 28 lat temu właśnie w tym miesiącu przyszłam na świat. Uwielbiam ten specyficzny jesienny klimat, ozdobiony złotymi liśćmi spadającymi frywolnie z drzew. Ze względu na przygotowania do imprezy urodzinowej i brak czasu trochę Was tu zaniedbałam. Dlatego też od początku listopada testuje sporo nowości o których już niedługo będziecie mogli poczytać na blogu.

W tej recenzji chciałabym przedstawić jeden z produktów, który miałam okazje ostatnio poznać. Mowa tu o nowości od Reverscosmetics. Ci z Was, którzy odwiedzają mnie tu regularnie zapewne pamiętają, że kilka produktów tej firmy już recenzowałam. Dla przypomnienia miałam już okazje zapoznać się z lakierami do paznokci o których możecie poczytać tutaj. A także kilka produktów do makijażu przedstawiłam Wam tutaj. 

W zanadrzu mam kilka nowości makijażowych od Reverscosmetics, którymi podzielę się już niedługo. Tym czasem mam coś, co pobudzi Wasze zmysły. Mowa tu o perfumowanej mgiełce do ciała BODY MIST SECRET LOVE Peach&Cherry Blossom.
 

Jeżeli chodzi o perfumowane mgiełki do ciała to producent ofiaruje nam aż 6 wariantów zapachowych: BLUE LAGOON, MAJESTIC SPACE, SPARKLING KISS, SUNNY PASSION, PURE SENSATION, SECRET LOVE. Jak można domyślić się patrząc na nazwy mamy tu do wyboru różne kompozycje zapachowe. Od świeżych i orzeźwiających, po słodkie i nieco wyraźniejsze zapachy.


Jeżeli chodzi o moje preferencje zapachowe to nie mogę określić je jednoznacznie. Jednego dnia wolę czuć świeżą woń, a drugiego otulić się nieco cieplejszym i słodszym zapachem. Wszystko zależy od mojego humoru i chyba pogody. Jesienią najczęściej sięgam po te słodsze kompozycje, dlatego też mój wybór padł na wersje SECRET LOVE.


Zapach zamknięty jest w plastikowej buteleczce o pojemności 210 ml. Opakowanie jest przeźroczyste, więc widzimy płyn o lekko fioletowym zabarwieniu, ubytek którego możemy kontrolować. Zarówno atomizer, jak i sama buteleczka są dobrze wykonane. Mgiełkę bezproblemowo można rozpylić i mamy pewność, że raczej ona nam się nie wyleje z buteleczki.


NUTY ZAPACHOWE:

NUTY GŁOWY: pomarańcza, bergamotka, mandarynka
NUTY SERCA: czarna porzeczka, truskawki
NUTY BAZY: brzoskwinia, piżmo, kwiat wiśni

Najczęściej aplikuje ją bezpośrednio na ciało. Wystarczy ok. 2-3 psiknięcia, aby mgiełka otoczyła swoją peleryną moją skórę. Na początku wyczuwalna dla mnie jest słodycz brzoskwini i mandarynki. Po chwili zostaje ona delikatnie przełamana akcentem czarnej porzeczki. Gdy zapach już całkowicie osiada na skórze robi się delikatniejszy i cieplejszy. Lubię ten efekt, gdyż początkowa słodycz owocowa nie jest za mocna i w odpowiednim czasie robi się lżejsza, nie przytłacza lecz delikatnie otula zapachem.


Mgiełkę stosuje przede wszystkim na skórę i ubrania, gdyż nie zostawia ona po sobie plam. Często zabieram  ten produkt do pracy, gdyż idealnie mieści się w mojej torebce. Gdy czuje się senna i nieco zmęczona rozpylam ją przy moim biurku i od razu pobudzam się do życia. Gdy jestem w domu uwielbiam popsikać nią pościel, gdyż wtedy mogę cieszyć się otulającym zapachem także w nocy. Mgiełka SECRET LOVE bardzo przypadła mi do gustu i chętnie wypróbuje inne warianty zapachowe od Reverscosmetics.

 A czy Wy mieliście już którąś z tych mgiełek? Którą polecacie?






środa, 31 października 2018

Joanna Bartoń "Drzazgi". Recenzja.

Joanna Bartoń "Drzazgi". Recenzja.

Witajcie kochani! Ostatnio obiecałam Wam rozszerzenie tematyki książkowej na blogu i swoją obietnice powoli spełniam. Będę się starała, by co jakiś czas te wpisy się pojawiały. Jestem molem książkowym i  chętnie pochłaniam literaturę, więc z pewnością będę miała o czym pisać. Pozostaje tylko kwestia czasu, którego wiecznie brak (ale chyba nie tylko ja tak mam, prawda?!?).

Dziś chciałabym Wam przedstawić pozycje Joanny Bartoń "Drzazgi".


Na wstępie Wam powiem, że ta książka nie należy do tych, po które zazwyczaj sięgam. Jestem zwolenniczką literatury typu new-adults. Wiem, że ktoś może stwierdzić iż nie są to raczej pozycje wysokich polotów, ani  kryjące w sobie  jakiś głębszy sens. No ale przecież każdy z nas jest inny, a z czytania należy czerpać przyjemność, a nie męczyć się z gatunkiem, który kompletnie nam nie podchodzi. Dlaczego więc skusiłam się na tą pozycję? 


Od  jakiegoś czasu postanowiłam nie trzymać się sztywnych reguł i starać się wychodzić poza wyznaczone samej sobie granice. Otworzyłam się na inne gatunki, które mnie zafascynowały i utwierdziły w przekonaniu, że warto próbować czegoś innego. Zatem, tym oto tropem idąc, zdecydowałam się na powieść kryminalną "Drzazgi". 


Autorką jest Joanna Bartoń, która jest niewiele starsza ode mnie. Dzieciństwo spędziła w Lubinie. Na studia wybrała się do Wrocławia. Ukończyła psychologię, chociaż podchodziła też do filologii romańskiej, której ostatecznie nie ukończyła. Sama studiowałam filologie, tyle że polską i wiem, ze nie jest to kierunek dla każdego. Sądząc jednak po książce autorki, psychologia w jej przypadku była dobrym i właściwym kierunkiem. 


Pierwszą powieścią autorki jest "Do niewidzenia, do niejutra" z 2015 roku. (już mam ją na mojej liście czytelniczej). "Drzazgi" doczekały się wydania 24 września, więc jest to nowość wydawnicza, która obecnie ma niespełna miesiąc. Na zaledwie 172 stronach autorka opisuje nam historie życia bohaterki, którą jest Lilianna Hipner. Przedstawiona w nietuzinkowy sposób "matka polka", która nie do końca odnajduje się w roli kochającej matki.  Jej 17 letni syn Gabriel dopuszcza się czynu przestępczego i trafia do więzienie. Od tamtej pory nasza bohaterka próbuje zrozumieć jaki popełniła błąd w wychowaniu syna. Co mogła zrobić nie tak, że pokusił się na popełnienie przestępstwa? Autorka podzieliła książkę na kilka rozdziałów. Każdy z nich jest opowieścią pewnego etapu w życiu Liliany. 


Autorka nie pokazuje czytelnikowi niczego wprost. Prowadzi narracje tak, byśmy sami mogli połączyć wydarzenia z życia głównej bohaterki np. z jej młodości, które bezpośrednio, w bardzo mocny, lecz nie do końca oczywisty sposób wpłynęły na to, co dzieje się w przyszłości. Dzieciństwo i córka (Liliana), która przez chorobę matki nie otrzymała od niej dostateczną ilość miłości i ciepła. Ojciec, który mimo starań nie mógł zastąpić dziecku dwoje rodziców. Pierwsza miłość, śmierć i nieoczekiwana ciąża. A potem życie, w którym nasza bohaterka toczy walkę między społecznymi wyczekiwaniami wobec niej, a szarą rzeczywistością, z którą nie do końca umie sobie poradzić. Zostaje matką mordercy, co powoduje u niej ucieczkę w psychotropy i alkohol, walkę ze wstydem. Tych wątków jest w tej książce sporo, a każdy z nich można interpretować na wiele sposobów.


Jak dla mnie nie jest to powieść kryminalna, lecz psychologiczna. Jeżeli szukacie pozycji, w którą, żeby zrozumieć trzeba się wgłębić, to jest to zdecydowanie książka dla Was. Autorka nie stawia przed czytelnikami żadnych granic. Obala mit zawsze kochającej matki i przeciwstawia się społeczeństwu, które w tym temacie ma klapki na oczach. Nieoczywista, nietuzinkowa, oryginalna. Tyle na ten temat. Mi się podobała. A Wy musicie przeczytać, by się do niej przekonać.

piątek, 26 października 2018

My Attitude. Nowość "nie z tej ziemi" od Avon.

My Attitude. Nowość "nie z tej ziemi" od Avon.
Hej kochani!
Witam Was w piątkowy późny wieczór. Nie wiem dlaczego, ale właśnie w porze wieczorowej piszę mi się najlepiej. Zresztą w dzień zazwyczaj jestem w pracy i mam mnóstwo innych rzeczy do załatwienia. Wieczór jest takim czasem tylko dla mnie i mogę poświęcić go także na napisanie czegoś dla Was.

Nie wiem czy Wam wspominałam już kiedyś, że jestem konsultantką Avon? Jeżeli nie, to właśnie Was o tym informuje. Swoją przygodę z firmą zaczęłam ok. 8 lat temu. Mieszkając na Białorusi często zamawiałam kosmetyki i byłam bardzo zadowolona z ich jakości. Po przeprowadzce do Polski nie miałam żadnej znajomej u której mogłabym je nabyć, a sprzedaż internetowa nie była jeszcze aż tak popularna jak w czasach obecnych. Dlatego też zdecydowałam się na dłuższą współpracę i zostanie konsultantką. 

Przez wiele lat korzystam z możliwości poznania nowości jako pierwsza, rozwijam swoją wiedzę na temat makijażu i odkrywam nowe zapachy. Pomyślałam, że przecież Wiele z Was zapewne zna tę firmę i składa zamówienia, dlatego też przyda Wam się wiedza na temat niektórych produktów. Zatem tą recenzją rozpoczynam cykl wpisów (które będą się pojawiać co jakiś czas) na temat produktów Avon. Może macie na oku jakieś produkty recenzje których chętnie byście przeczytali. Albo zastanawiacie się na zakupem czegoś i nie wiecie, czy warto? Piszcie mi o tym w komentarzach, a ja postaram się wam te produkty zrecenzować.


Dziś chciałabym Wam przedstawić jeden z najnowszych zapachów od Avon. Jeżeli chodzi o wody toaletowe to miałam już chyba wszystkie. Niektórymi się zachwycałam, a inne kompletnie do mnie nie pasowały. Firma się rozwija i tworzy coraz to nowe zapachy. Tym razem stworzyli  My Attitude.


Po raz pierwszy w katalogu pojawiła się jakieś 2 miesiące temu (o ile się nie mylę). Jak widać na zdjęciu wyżej szata graficzna opakowania jest trochę jakby "nie z tej ziemi"? ;). Mamy tu gwiazdy, planety...cały kosmos. Swoją drogą szkoda, że w katalogu nie pokazują opakowań, bo wiele osób, w tym także ja, kupuje "oczami" i od razu zapragnęłabym je mieć.


Pojemność standardowa - 50 ml. A najbardziej intrygującą rzeczą w tym perfumie okazał się flakonik, który może i wygląda klasycznie, lecz skrywa niespodziankę. A więc, absolutna klasyka, biała buteleczka, czarny korek i napisy w tym samym kolorze. Po raz pierwszy jednak buteleczka została stworzona  w taki sposób, że można po niej pisać.


Posiada atomizer, dzięki któremu możemy już jednym psiknięciem wydobyć wystarczającą ilość produktu by móc poczuć woń perfum. Należą do kategorii drzewno-żywicznej. Nuty zapachowe to:

Nuty głowy: czarny pieprz, skórka pomarańczy, werbena
Nuty serca: irys, drzewo gwajakowe, mleko kokosowe
Nuty bazy: olibanum, ambra, weitwer z Haiti

Szczerze mówiąc czytając opis nie byłam tak do końca przekonana co do tego, czy ten zapach mi dopasuje. Nie przepadam za orientalnymi nutami w perfumach a te właśnie na takowe się zapowiadały. Ale jak to się mówi: kto nie ryzykuje, ten ...(wiadomo) ;) dlatego też mimo wahań - zamówiłam. I wcale tego zakupu nie żałuje. Oprócz opakowania, które wydaje mi się bardzo oryginalne, a buteleczkę dość klasyczna, możliwość pisania uważam tu za duży plus. Dzięki temu możemy ozdobić flakonik tak, jak nam się podoba i będzie on dumnie zdobił naszą toaletkę. Zapach również nie jest tak oczywisty. Początek zaskakuje nas dość ostrym aromatem pieprzu, który jest chwilowy. Po nim wyczuwam pomarańcze, irys i mleko kokosowe. Taki dość kremowy i miękki zapach. Według mnie nada się nie tylko na co dzień, ale i na większe wyjścia. Na jesień jest to zapach idealny. W miarę ulatniania się perfum wyczuwalne są coraz lżejsze nuty. Jeżeli chodzi o trwałość, to na ubraniach utrzymują się przez kilka godzin, na skórze nieco krócej. Buteleczka jest mała i mam ją cały czas przy sobie. Gdy potrzebuje poczuć intensywniejszą woń zawsze mam perfum pod ręką. W obecnym katalogu ten zapach dostępny jest w cenie 29,99 zł za 50 ml.

Znacie My Attitude od Avon?



czwartek, 18 października 2018

Lancome Hypnose Mini. Maskara w sam raz na podróż. Recenzja.

Lancome Hypnose Mini. Maskara w sam raz na podróż. Recenzja.

Hej kochani!

Wiem, że ostatnio strasznie mnie tu mało, ale przez natłok obowiązków w pracy i  (póki  co jeszcze) przepięknej  słonecznej złotej jesieni za oknem nie umiem się odnaleźć. Poza tym zbliżają się moje urodziny i głowę mam zaprzątniętą nieco innymi rzeczami. Czas jednak powrócić do Was z nowościami, które miałam okazje ostatnio testować. Już teraz mogę Wam zdradzić, że w  najbliższym czasie na blogu nie zabraknie recenzji kolorówki. W planach mam także post o jesiennej pielęgnacji. Pojawi się również recenzja książki i  mam nadzieje, że uda mi się zapoczątkować nią cykl książkowy na moim blogu. Tego wszystkiego możecie oczekiwać w najbliższym czasie, a w tym momencie zapraszam Was na krótką recenzję maskary w podróżniczym formacie od Lancome.


Jakiś czas temu na swoim fp firma Lancome poszukiwała testerek kultowej maskary Hypnose w nowej odsłonie. Do testów oczywiście się zgłosiłam. Po jakimś czasie dostałam wiadomość o zakwalifikowaniu się i takim oto sposobem weszłam w posiadanie Lancome Hypnose Mini.


Jak już wspomniałam do testów otrzymałam  miniaturową wersję kultowej maskary Hypnose. Nieco odbiegając od recenzowanego produktu chciałabym przypomnieć, że w sierpniu na blogu ukazał się post o podkładzie Teint Idole Ultra Wear od Lancome (po więcej zapraszam TUTAJ) także marka ostatnio często gości na blogu.


Jak możecie zauważyć na zdjęciach opakowanie jest czarne. Korek jest ozdobiony złotymi napisami. Jak dla mnie klasyka w czystej postaci i gdybym zobaczyła takie opakowanie na półce to raczej jakoś szczególnie mojej uwagi ono by nie przykuło. Mimo to jest ładne i klasyczne, to by było na tyle. Najbardziej interesowała mnie zawartość. Tusz zawiera unikalną, opatentowaną szczoteczkę z ponad 1000 włókien. Mają one za zadanie wydłużenie i pogrubienie każdej rzęsy od nasady po końcówkę. Taką informacje uzyskujemy od producenta.


Obiecujący jest skład, gdyż maskara zawiera prowitaminę B5, wosk Carnauba, olejek jojoba i gumę akacjową, która nie tylko chroni i wzmacnia rzęsy, ale także ma im nadawać do 8x większej objętości. Czy u mnie ta maskara zdała egzamin?

Otóż w użytkowaniu pokochałam ją do makijażu codziennego. Szczoteczka faktycznie ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy nie sklejając ich. Jedynej rzeczy, której mi tu zabrakło to pogrubienia. Mam z natury dość długie rzęsy i są one dość gęste, więc od maskary oczekuje przede wszystkim pogrubienia, by dało się je zauważyć. Jest to wersja mini, czyli hit w podróży i myślę, że do wakacyjnej, urlopowej bądź wyjazdowej kosmetyczki będzie w sam raz. Zakupić ją można stacjonarnie w sklepie Sephora, bądź także na ich stronie internetowej klikając TUTAJ. Podsumowując, jest to kolejny produkt od Lancome, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jednak za cenę ok. 59 zł za wersje mini spodziewałam się czegoś lepszego.

Czy Wy w swoich kosmetyczkach macie coś od Lancome? Jak się te  produkty u Was sprawdzają?
A może polecicie mi jakiś hicior tej firmy, który koniecznie muszę spróbować?



piątek, 21 września 2018

5 pomysłów na odnowę wnętrza z artgeist.pl

5 pomysłów na odnowę wnętrza z artgeist.pl
Witajcie kochani!

Jak już zapewne wiecie, bo kiedyś już o tym wspominałam, mieszkamy obecnie z partnerem u teściowej. Do naszej dyspozycji jest pokój, a na dodatek jest on przejściowy. Kto kiedykolwiek mieszkał w takich warunkach dokładnie wie, że ilość możliwości zmian jest  tym przypadku ograniczona. Jestem sroką i bardzo lubię różnego rodzaju elementy dekoracyjne. Niestety zdaje sobie tez sprawę z tego, że ledwo z podstawowymi rzeczami mieścimy się na tych zaledwie 20m2, a co dopiero dodać tu jakieś dekoracje.

Mimo sporego ograniczenia metrażowego szukam różnych rozwiązań. Podczas  przeglądania inspiracji w internecie natrafiłam na stronę artgeist.pl. To własnie tu znalazłam kilka rozwiązań, dzięki którym możecie zmienić wasze mieszkanie nie do poznania. Ja szukałam czegoś, co na chwile obecną odmieni nasz pokój i nada mu charakteru, a w przyszłości ozdobi nasze własne gniazdko. A więc zbytnio nie przedłużając, zaczynajmy. 


Jeżeli jesteście prawdziwymi koneserami sztuki to z pewnością docenicie asortyment z tego działu. Do wyboru są obrazy z następujących grup tematycznych: abstrakcje, krajobrazy, kwiaty, miasto, etniczne, orientalne, zwierzęta i ludzie. Jak widać kategorii jest sporo, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Najbardziej spodobały mi się obrazy, które swoje inspiracje czerpały ze znanych dzieł sztuki. Tu np. znalazłam podobiznę słynnego Pocałunku G.Klimta. 


Spodobało mi się takie kolorowe i nieco innowacyjne podejście do dzieła słynnego malarza. Żywe kolory oraz różne kształty zawarte na tym płótnie bardzo do mnie przemawiają.


Na tym dziale skupiłam się najbardziej. Jakiś czas temu skusiłam się na jeden obraz o którym pisałam Wam TU. W przypadku ograniczonego metrażu to właśnie ściany stanowią to miejsce, gdzie możemy pokombinować z ozdobami. Podczas podjęcia decyzji zeszłym razem nie umieliśmy się zgrać co do jednego obrazu. Wiadomo, gusta są różne i nieraz jest ciężko dojść do kompromisu. W tamtym momencie nieco postawiłam na swoim i wybraliśmy to, co było bliższe mojemu gustu. Tym razem postanowiłam nieco ulegnąć i zamówić to, co już zeszłym razem podobało się mojemu partnerowi. Tym oto sposobem wybór padł na Dotyk w czerni i bieli.

Na stronie producenta obraz prezentuje się następująco (patrz wyżej). Jest utrzymany w kolorach czerni i bieli. Pokój mamy pomalowany na fioletowo, więc te odcienie idealnie do siebie pasują. Tym razem znów zdecydowaliśmy się na płótno składające się z kilku części. Mimo to jest możliwość zawiesić ten obraz tak, by między pojedynczymi elementami nie pozostawała żadna przestrzeń. A więc, kto co lubi. 


Całość zajmuje 120x80 cm. Każdy z poszczególnych elementów ma wymiar 40x80 cm. Każda część jest lekka i nie wymaga zbyt skomplikowanego mocowania. Obraz jest na płótnie, a jego szerokość jest tak minimalistyczna, że nie odstaje on zbytnio od ściany. Oczywiście istnieje możliwość wyboru rozmiaru odpowiedniego do waszej ściany.


Płótno ma wykończenie matowe, ale dla miłośników błysku też się coś znajdzie. Tę samą wersje obrazu można zamówić w technice Premium Print. Dzięki nałożeniu specjalnej bezbarwnej warstwy werniksu obraz zyskuje delikatny połysk i fakturę charakterystyczną dla płócien olejnych. 


Obraz dotarł do nas błyskawicznie. To, co bardzo mi się podobało, to sposób zabezpieczenia. Każda część została osobno zafoliowana, co oznacza tylko jedno - bezpieczna podróż do klienta. Jeżeli mój wybór do Was nie koniecznie przemawia, bo przecież każdy z nas ma inny gust, odsyłam Was do innych kategorii, m.in.: miasta i architektura, street art, vintage i retro, dla dzieci, 3D, a nawet religijne
Jeżeli w planach macie większą metamorfozę któregoś z pokoi to polecam Wam się skupić na fototapetach. Dzięki jej użyciu możemy zmienić jedną, bądź kilka, a nawet i wszystkie ściany w danym pokoju. Uważam, ze złotym środkiem jest użycie fototapety na jednej ścianie. Jeżeli chcemy, by konkretne miejsce przykuwało nasz wzrok, to własnie to miejsce jest idealne na zmiany. 

Jeżeli kusi Cię widok pięknej słonecznej plaży o poranku, to fototapeta z działu krajobrazy będzie idealna dla Twojej sypialni. 


Coraz częściej by urozmaicić design naszego mieszkania sięgamy po naklejki. Artgeist.pl przychodzi nam z pomocą w kilku kategoriach: napisy, ozdobne, do kuchni, postacie,  podróże, hobby, roślinne, dla dzieci, znaki zodiaku i zwierzęta. Mi się najbardziej podobają napisy, więc wybrałam kilka by Wam je zaprezentować.

Idealna ozdoba ściany dla świeżo upieczonej pary młodej, albo dla dwójki osób, które się kochają.

Cytaty motywujące to chyba najlepsze, co może być, jeżeli chodzi o ozdobę na ścianę. Wygląda oryginalnie i motywuje.

W kuchni tego typu napisy na ścianie są fajną odskocznią od tradycyjnych płytek, czy tapet. Na mnie robi wrażenie.


Podobno z tradycyjnych tapet już powoli rezygnujemy i coraz rzadziej używamy je na ścianach w naszym domu. Tutaj mam na musli tapety nowoczesne, czyli takie, które swoim printem i strukturą wcale zwyczajnej tapety nie przypominają. Mowa tu o tapetach magma - cięcia i dopasowania w każdym miejscu. Do wyboru mamy m.in. cegły, mozaikę czy chociażby drewno. Poniżej kilka propozycji, które mi się bardzo podobają. 



Mi od dawna bardzo podoba się cegła dekoracyjna. Wygląda ona bardzo efektownie, lecz także jest dość kosztowna. Pomysł użycia tapety z odwzorowaniem kamienia dekoracyjnego wydaje się być najprostszym, tańszym, ale wcale nie najgorszym rozwiązaniem. 

Takim oto sposobem przedstawiłam Wam wiele możliwości, które daje nam asortyment sklepu artgeist.pl na odmianę naszego pomieszczenie. Pamiętajmy że nawet najmniejszy metraż, jeżeli jest dobrze przemyślany może prezentować się nowocześnie, efektywnie i z pazurem. 

Zdjęcia użyte w poście pochodzą ze strony producenta www.artgeist.pl.

A wy na jakie rozwiązania dekoracyjne stawiacie u siebie?
Wolicie obrazy, tapety, a może naklejki?

Copyright © 2014 MarusiTestowanie , Blogger