środa, 31 października 2018

Joanna Bartoń "Drzazgi". Recenzja.

Joanna Bartoń "Drzazgi". Recenzja.

Witajcie kochani! Ostatnio obiecałam Wam rozszerzenie tematyki książkowej na blogu i swoją obietnice powoli spełniam. Będę się starała, by co jakiś czas te wpisy się pojawiały. Jestem molem książkowym i  chętnie pochłaniam literaturę, więc z pewnością będę miała o czym pisać. Pozostaje tylko kwestia czasu, którego wiecznie brak (ale chyba nie tylko ja tak mam, prawda?!?).

Dziś chciałabym Wam przedstawić pozycje Joanny Bartoń "Drzazgi".


Na wstępie Wam powiem, że ta książka nie należy do tych, po które zazwyczaj sięgam. Jestem zwolenniczką literatury typu new-adults. Wiem, że ktoś może stwierdzić iż nie są to raczej pozycje wysokich polotów, ani  kryjące w sobie  jakiś głębszy sens. No ale przecież każdy z nas jest inny, a z czytania należy czerpać przyjemność, a nie męczyć się z gatunkiem, który kompletnie nam nie podchodzi. Dlaczego więc skusiłam się na tą pozycję? 


Od  jakiegoś czasu postanowiłam nie trzymać się sztywnych reguł i starać się wychodzić poza wyznaczone samej sobie granice. Otworzyłam się na inne gatunki, które mnie zafascynowały i utwierdziły w przekonaniu, że warto próbować czegoś innego. Zatem, tym oto tropem idąc, zdecydowałam się na powieść kryminalną "Drzazgi". 


Autorką jest Joanna Bartoń, która jest niewiele starsza ode mnie. Dzieciństwo spędziła w Lubinie. Na studia wybrała się do Wrocławia. Ukończyła psychologię, chociaż podchodziła też do filologii romańskiej, której ostatecznie nie ukończyła. Sama studiowałam filologie, tyle że polską i wiem, ze nie jest to kierunek dla każdego. Sądząc jednak po książce autorki, psychologia w jej przypadku była dobrym i właściwym kierunkiem. 


Pierwszą powieścią autorki jest "Do niewidzenia, do niejutra" z 2015 roku. (już mam ją na mojej liście czytelniczej). "Drzazgi" doczekały się wydania 24 września, więc jest to nowość wydawnicza, która obecnie ma niespełna miesiąc. Na zaledwie 172 stronach autorka opisuje nam historie życia bohaterki, którą jest Lilianna Hipner. Przedstawiona w nietuzinkowy sposób "matka polka", która nie do końca odnajduje się w roli kochającej matki.  Jej 17 letni syn Gabriel dopuszcza się czynu przestępczego i trafia do więzienie. Od tamtej pory nasza bohaterka próbuje zrozumieć jaki popełniła błąd w wychowaniu syna. Co mogła zrobić nie tak, że pokusił się na popełnienie przestępstwa? Autorka podzieliła książkę na kilka rozdziałów. Każdy z nich jest opowieścią pewnego etapu w życiu Liliany. 


Autorka nie pokazuje czytelnikowi niczego wprost. Prowadzi narracje tak, byśmy sami mogli połączyć wydarzenia z życia głównej bohaterki np. z jej młodości, które bezpośrednio, w bardzo mocny, lecz nie do końca oczywisty sposób wpłynęły na to, co dzieje się w przyszłości. Dzieciństwo i córka (Liliana), która przez chorobę matki nie otrzymała od niej dostateczną ilość miłości i ciepła. Ojciec, który mimo starań nie mógł zastąpić dziecku dwoje rodziców. Pierwsza miłość, śmierć i nieoczekiwana ciąża. A potem życie, w którym nasza bohaterka toczy walkę między społecznymi wyczekiwaniami wobec niej, a szarą rzeczywistością, z którą nie do końca umie sobie poradzić. Zostaje matką mordercy, co powoduje u niej ucieczkę w psychotropy i alkohol, walkę ze wstydem. Tych wątków jest w tej książce sporo, a każdy z nich można interpretować na wiele sposobów.


Jak dla mnie nie jest to powieść kryminalna, lecz psychologiczna. Jeżeli szukacie pozycji, w którą, żeby zrozumieć trzeba się wgłębić, to jest to zdecydowanie książka dla Was. Autorka nie stawia przed czytelnikami żadnych granic. Obala mit zawsze kochającej matki i przeciwstawia się społeczeństwu, które w tym temacie ma klapki na oczach. Nieoczywista, nietuzinkowa, oryginalna. Tyle na ten temat. Mi się podobała. A Wy musicie przeczytać, by się do niej przekonać.

piątek, 26 października 2018

My Attitude. Nowość "nie z tej ziemi" od Avon.

My Attitude. Nowość "nie z tej ziemi" od Avon.
Hej kochani!
Witam Was w piątkowy późny wieczór. Nie wiem dlaczego, ale właśnie w porze wieczorowej piszę mi się najlepiej. Zresztą w dzień zazwyczaj jestem w pracy i mam mnóstwo innych rzeczy do załatwienia. Wieczór jest takim czasem tylko dla mnie i mogę poświęcić go także na napisanie czegoś dla Was.

Nie wiem czy Wam wspominałam już kiedyś, że jestem konsultantką Avon? Jeżeli nie, to właśnie Was o tym informuje. Swoją przygodę z firmą zaczęłam ok. 8 lat temu. Mieszkając na Białorusi często zamawiałam kosmetyki i byłam bardzo zadowolona z ich jakości. Po przeprowadzce do Polski nie miałam żadnej znajomej u której mogłabym je nabyć, a sprzedaż internetowa nie była jeszcze aż tak popularna jak w czasach obecnych. Dlatego też zdecydowałam się na dłuższą współpracę i zostanie konsultantką. 

Przez wiele lat korzystam z możliwości poznania nowości jako pierwsza, rozwijam swoją wiedzę na temat makijażu i odkrywam nowe zapachy. Pomyślałam, że przecież Wiele z Was zapewne zna tę firmę i składa zamówienia, dlatego też przyda Wam się wiedza na temat niektórych produktów. Zatem tą recenzją rozpoczynam cykl wpisów (które będą się pojawiać co jakiś czas) na temat produktów Avon. Może macie na oku jakieś produkty recenzje których chętnie byście przeczytali. Albo zastanawiacie się na zakupem czegoś i nie wiecie, czy warto? Piszcie mi o tym w komentarzach, a ja postaram się wam te produkty zrecenzować.


Dziś chciałabym Wam przedstawić jeden z najnowszych zapachów od Avon. Jeżeli chodzi o wody toaletowe to miałam już chyba wszystkie. Niektórymi się zachwycałam, a inne kompletnie do mnie nie pasowały. Firma się rozwija i tworzy coraz to nowe zapachy. Tym razem stworzyli  My Attitude.


Po raz pierwszy w katalogu pojawiła się jakieś 2 miesiące temu (o ile się nie mylę). Jak widać na zdjęciu wyżej szata graficzna opakowania jest trochę jakby "nie z tej ziemi"? ;). Mamy tu gwiazdy, planety...cały kosmos. Swoją drogą szkoda, że w katalogu nie pokazują opakowań, bo wiele osób, w tym także ja, kupuje "oczami" i od razu zapragnęłabym je mieć.


Pojemność standardowa - 50 ml. A najbardziej intrygującą rzeczą w tym perfumie okazał się flakonik, który może i wygląda klasycznie, lecz skrywa niespodziankę. A więc, absolutna klasyka, biała buteleczka, czarny korek i napisy w tym samym kolorze. Po raz pierwszy jednak buteleczka została stworzona  w taki sposób, że można po niej pisać.


Posiada atomizer, dzięki któremu możemy już jednym psiknięciem wydobyć wystarczającą ilość produktu by móc poczuć woń perfum. Należą do kategorii drzewno-żywicznej. Nuty zapachowe to:

Nuty głowy: czarny pieprz, skórka pomarańczy, werbena
Nuty serca: irys, drzewo gwajakowe, mleko kokosowe
Nuty bazy: olibanum, ambra, weitwer z Haiti

Szczerze mówiąc czytając opis nie byłam tak do końca przekonana co do tego, czy ten zapach mi dopasuje. Nie przepadam za orientalnymi nutami w perfumach a te właśnie na takowe się zapowiadały. Ale jak to się mówi: kto nie ryzykuje, ten ...(wiadomo) ;) dlatego też mimo wahań - zamówiłam. I wcale tego zakupu nie żałuje. Oprócz opakowania, które wydaje mi się bardzo oryginalne, a buteleczkę dość klasyczna, możliwość pisania uważam tu za duży plus. Dzięki temu możemy ozdobić flakonik tak, jak nam się podoba i będzie on dumnie zdobił naszą toaletkę. Zapach również nie jest tak oczywisty. Początek zaskakuje nas dość ostrym aromatem pieprzu, który jest chwilowy. Po nim wyczuwam pomarańcze, irys i mleko kokosowe. Taki dość kremowy i miękki zapach. Według mnie nada się nie tylko na co dzień, ale i na większe wyjścia. Na jesień jest to zapach idealny. W miarę ulatniania się perfum wyczuwalne są coraz lżejsze nuty. Jeżeli chodzi o trwałość, to na ubraniach utrzymują się przez kilka godzin, na skórze nieco krócej. Buteleczka jest mała i mam ją cały czas przy sobie. Gdy potrzebuje poczuć intensywniejszą woń zawsze mam perfum pod ręką. W obecnym katalogu ten zapach dostępny jest w cenie 29,99 zł za 50 ml.

Znacie My Attitude od Avon?



czwartek, 18 października 2018

Lancome Hypnose Mini. Maskara w sam raz na podróż. Recenzja.

Lancome Hypnose Mini. Maskara w sam raz na podróż. Recenzja.

Hej kochani!

Wiem, że ostatnio strasznie mnie tu mało, ale przez natłok obowiązków w pracy i  (póki  co jeszcze) przepięknej  słonecznej złotej jesieni za oknem nie umiem się odnaleźć. Poza tym zbliżają się moje urodziny i głowę mam zaprzątniętą nieco innymi rzeczami. Czas jednak powrócić do Was z nowościami, które miałam okazje ostatnio testować. Już teraz mogę Wam zdradzić, że w  najbliższym czasie na blogu nie zabraknie recenzji kolorówki. W planach mam także post o jesiennej pielęgnacji. Pojawi się również recenzja książki i  mam nadzieje, że uda mi się zapoczątkować nią cykl książkowy na moim blogu. Tego wszystkiego możecie oczekiwać w najbliższym czasie, a w tym momencie zapraszam Was na krótką recenzję maskary w podróżniczym formacie od Lancome.


Jakiś czas temu na swoim fp firma Lancome poszukiwała testerek kultowej maskary Hypnose w nowej odsłonie. Do testów oczywiście się zgłosiłam. Po jakimś czasie dostałam wiadomość o zakwalifikowaniu się i takim oto sposobem weszłam w posiadanie Lancome Hypnose Mini.


Jak już wspomniałam do testów otrzymałam  miniaturową wersję kultowej maskary Hypnose. Nieco odbiegając od recenzowanego produktu chciałabym przypomnieć, że w sierpniu na blogu ukazał się post o podkładzie Teint Idole Ultra Wear od Lancome (po więcej zapraszam TUTAJ) także marka ostatnio często gości na blogu.


Jak możecie zauważyć na zdjęciach opakowanie jest czarne. Korek jest ozdobiony złotymi napisami. Jak dla mnie klasyka w czystej postaci i gdybym zobaczyła takie opakowanie na półce to raczej jakoś szczególnie mojej uwagi ono by nie przykuło. Mimo to jest ładne i klasyczne, to by było na tyle. Najbardziej interesowała mnie zawartość. Tusz zawiera unikalną, opatentowaną szczoteczkę z ponad 1000 włókien. Mają one za zadanie wydłużenie i pogrubienie każdej rzęsy od nasady po końcówkę. Taką informacje uzyskujemy od producenta.


Obiecujący jest skład, gdyż maskara zawiera prowitaminę B5, wosk Carnauba, olejek jojoba i gumę akacjową, która nie tylko chroni i wzmacnia rzęsy, ale także ma im nadawać do 8x większej objętości. Czy u mnie ta maskara zdała egzamin?

Otóż w użytkowaniu pokochałam ją do makijażu codziennego. Szczoteczka faktycznie ładnie wydłuża i rozdziela rzęsy nie sklejając ich. Jedynej rzeczy, której mi tu zabrakło to pogrubienia. Mam z natury dość długie rzęsy i są one dość gęste, więc od maskary oczekuje przede wszystkim pogrubienia, by dało się je zauważyć. Jest to wersja mini, czyli hit w podróży i myślę, że do wakacyjnej, urlopowej bądź wyjazdowej kosmetyczki będzie w sam raz. Zakupić ją można stacjonarnie w sklepie Sephora, bądź także na ich stronie internetowej klikając TUTAJ. Podsumowując, jest to kolejny produkt od Lancome, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Jednak za cenę ok. 59 zł za wersje mini spodziewałam się czegoś lepszego.

Czy Wy w swoich kosmetyczkach macie coś od Lancome? Jak się te  produkty u Was sprawdzają?
A może polecicie mi jakiś hicior tej firmy, który koniecznie muszę spróbować?



Copyright © 2014 MarusiTestowanie , Blogger